Pożyczyłam przyjaciółce ogromną sumę pieniędzy, a ona nawet nie zamierza ich oddać. Jak teraz można ufać ludziom? A przecież byłyśmy jak siostry!

Z przyjaciółką mieszkałyśmy po sąsiedzku od dzieciństwa, a nasze matki były koleżankami: dwie samotne kobiety wychowujące swoje córki, chociaż mam też starszego brata.

Z przyjaciółką byłyśmy jak dwie siostry, nierozłączne, a do jej mamy odnosiłam się jak do rodzinej cioci. Rosłyśmy razem: dostałyśmy się do tego samego college’u, ukończyłyśmy go i nawet w tym samym roku wyszłyśmy za mąż. W tym czasie mój brat również dawno się ożenił i wyjechał mieszkać do rodziny swojej żony.

Wyszłam za mąż i mieszkałam z moją mamą, ale okazało się, że nie mogę zostać matką, miałam problemy zdrowotne. Mąż mnie zostawił, a ja nawet nie chciałam go zatrzymywać – rozumiałam, że z mną nie stworzy pełnej rodziny.

Mama bardzo martwiła się o moją przyszłość i zaczęła chorować. Kiedy miałam 31 lat, moja mama nagle odeszła. Brat nie chciał dzielić ze mną mieszkania, ale powiedziałam, że i tak zapiszę je w testamencie jego synowi i będę pomagać, jak tylko mogę, bo nie mam własnego życia, a ja i samotność to synonimy.

Za to moja przyjaciółka miała wszystko dobrze. Wyszła za syna bogatych biznesmenów, od razu mieli mieszkanie i samochód. Później jednak rodzice jej męża przestali ich wspierać finansowo, uznali, że dali im dobry start i teraz powinni sobie sami radzić.

Po ślubie przyjaciółka zaczęła się ode mnie oddalać, chociaż nasze matki nadal się przyjaźniły. A potem, kiedy moja mama odeszła, przyjechali wszyscy razem na pogrzeb i odtąd się nie widziałyśmy, tylko od czasu do czasu dzwoniłyśmy do siebie przez następne siedem lat.

Zrobiłam dobrą karierę. Zaczęłam odkładać „zbędne” pieniądze na konto, kiedyś mogą się przydać mojemu bratankowi. Pomagałam bratu, prosząc, żeby nie oddawał, ale on i tak zwracał dług, mówiąc, że to przecież będzie dla jego syna, niech się odkłada.

Rok temu przyszła do mnie ta przyjaciółka z dzieciństwa: blada, zapłakana, z książeczką zdrowia swojej mamy w rękach. Okazało się, że jej mama jest poważnie chora i potrzebne jest kosztowne leczenie. Przyjaciółka prosiła mnie o pożyczkę, ile tylko mam.

Oczywiście, oddałam jej wszystko, co miałam na koncie. Przyjaciółka zapewniała, że po leczeniu sprzedadzą mieszkanie jej mamy i odda dług.

Walczono o zdrowie przez cztery miesiące, ale to nie pomogło. Na początku nie nalegałam na zwrot długu, nawet wybaczyłam część, bo jej mama była dla mnie jak ciocia, ale resztę poprosiłam, żeby oddała, jak tylko będzie mogła.

To było w lutym, ale odtąd zaczęły się jakieś wymówki: mieszkanie się nie sprzedaje, ciągle jakieś inne powody.

Sprawdziłam, że przyjaciółka ani razu nie dała ogłoszenia o sprzedaży mieszkania, a teraz, jak się okazało, wynajmują je! Potem mówiła, że spróbują pożyczyć od bogatych teściów lub wezmą kredyt.

Próbuję do niej dzwonić, ale ona albo nie odbiera, albo mówi, że jest zajęta, albo wymyśla nowe wymówki. Sama nigdy nie dzwoni. Najgorsze jest to, że nie wzięłam od niej żadnego potwierdzenia, bo ufałam, że mają zasoby, mieszkanie i bogatych teściów. W pełni zaufałam. Ale ona po prostu wyłączyła mnie ze swojego życia, bo tak jej wygodnie.

Nawet nie mogę powiedzieć o tym bratu, wstydzę się, bo obiecałam oszczędzać dla bratanka. Chwaliłam się, jaką mam sumę na koncie. Nie wiem, co teraz robić, jestem bardzo zawiedziona! Wygląda na to, że muszę zaczynać wszystko od nowa. Jak teraz ufać ludziom? A przecież byłyśmy jak siostry.