Przy rozdzielnym zamieszkaniu z mężem mamy świetne relacje, jakby nasze uczucia się rozgrzewały, a jak tylko zamieszkamy razem, od razu się kłócimy

Chyba idealny wariant relacji dla nas to małżeństwo gościnne. To właśnie dla nas wymyślono takie pojęcie. Jeśli spotykamy się na neutralnym terenie, odwiedzamy się nawzajem, wszystko jest po prostu idealnie. On mnie uwielbia, ceni, rozpieszcza, ja też mu we wszystkim dogadzam. A gdy spędzimy razem kilka dni, od razu się kłócimy, czepiamy się siebie nawzajem, chodzimy podirytowani.

Jesteśmy małżeństwem od 2 lat. I od roku mieszkamy osobno. Mimo to uważamy się za rodzinę. Nikt nas nie może zrozumieć. Jednak teściowa już przynajmniej pogodziła się z tym faktem i przestała lamentować na ten temat, ale moja matka nie daje za wygraną. Radzi albo się rozwieść, albo żyć jak wszyscy. Tylko żaden z tych wariantów nam nie odpowiada.

Tak się stało, że mogliśmy zamieszkać razem z mężem dopiero po ślubie. Do tego czasu mogliśmy pojechać na wakacje, mieszkać tydzień w hotelu. O wspólnym gospodarstwie domowym wtedy nie było mowy. I oto wynajęliśmy mieszkanie i zamieszkaliśmy razem. Próbowaliśmy się oswoić. Przez pierwsze dwa miesiące czuliśmy pełną euforię, staliśmy się rodziną. Próbowaliśmy urządzić nasze życie, cieszyliśmy się swoim towarzystwem i w ogóle życiem.

Kiedy pierwsze uczucia opadły, zauważyliśmy wiele irytujących czynników i drobiazgów w sobie nawzajem. Na przykład, mąż, kiedy się mył, rozpryskiwał wodę po całej łazience, nawet na lustro, zostawiał po sobie mokre ręczniki. Z jednej strony — drobiazg. Wiele osób tak robi. Jednak ja budzę się rano podirytowana, widzę ten chaos i zaczynam się denerwować.

Jemu nie podoba się, że zostawiam w kuchni kubki z kawą lub herbatą, których nie dopijam. No cóż, tak mi się podoba. Nie dopiłam, zostawiłam, zapomniałam. Po prostu napiłam się. A potem mogę dopić zimne. Albo zapomniałam, że jest zimne, zrobiłam nowe. I tak w kółko.

On nie budzi się po pierwszym budziku, tylko po kilku. Ja na noc nie wyłączam dźwięku w telefonie, mogą przychodzić wiadomości i budzić nas. W rezultacie irytacja tylko narastała. Każde z nas ma wiele takich nawyków, i albo powinniśmy się z nimi pogodzić, albo się rozstać. Na początku się powstrzymywaliśmy. Potem się kłóciliśmy, wychodziliśmy do pracy w złym nastroju, a po powrocie do domu wszystko zapominało się i rozmawialiśmy jak dawniej. Czasami wracaliśmy zmęczeni, ponurzy i znowu się kłóciliśmy.

Minął rok, jakoś się trzymaliśmy, myśleliśmy, że jak mówią wielu, wszystko minie. Ale nie minęło. Każdego dnia gromadziły się urazy i nieprzyjemne chwile. Ile można gromadzić w sobie ten negatyw? Tak długo się nie wytrzyma. I oto usiedliśmy do stołu negocjacyjnego. I zaczęliśmy rozmawiać o rozwodzie. Po co żyć z kimś, kto cię tak bardzo denerwuje? Chyba, kiedy uczucie irytacji przewyższa uczucie miłości, małżeństwo jest skazane na niepowodzenie. I zrobiliśmy sobie przerwę.

Nie wróciłam do matki, tylko przeprowadziłam się do innego wynajętego mieszkania. Mąż został w tym samym. Przez pierwsze dwa tygodnie nie rozmawialiśmy, nie dzwoniliśmy do siebie, potem zdecydowałam się zabrać coś z tamtego mieszkania, poprosiłam go, żeby coś przyniósł. Przyjechał, wypiliśmy herbatę, potem wino, zostaliśmy razem na noc. Przez kilka dni mieliśmy rozejm. Uczucia odżyły na nowo. Ale potem znowu zaczęły się pojawiać irytujące czynniki i mąż wrócił do siebie. Dalej widywaliśmy się w weekendy. Tak minęło kilka miesięcy i podsumowaliśmy.

Kiedy jesteśmy razem krótko, nie nudzimy się sobą. Emocje odradzały się, już nie myśleliśmy o rozwodzie. To takie ciekawe, kiedy osoba wydaje się znajoma, a przy spotkaniu uczucia są jasne, jakby to była nowa znajomość. Próbowaliśmy znowu się spotkać, ale nie wytrzymywaliśmy dłużej niż miesiąc. I wtedy narastała irytacja. I znowu się rozjeżdżaliśmy.

To trwa już cały rok. Wygodny dla nas tryb. Mąż u siebie, ja u siebie. Jeździmy do siebie w gości. Relacje są świetne. Spotykamy się na randkach. Opowiadamy sobie o naszym życiu, radzimy się nawzajem, zakochujemy się na nowo, nie widzimy irytujących drobiazgów. I nic nikogo nie irytuje. Na początku teściowa z moją matką sprzymierzyły się i próbowały nas przekonać. Tylko potem pierwsza się zniechęciła i dała nam spokój, ale mama nadal próbuje ratować nasz związek. Mówi o dzieciach, o wspólnym mieszkaniu.

Jeśli pojawią się dzieci, coś wymyślimy. I lepiej kupimy od razu dwa mieszkania. Po prostu taki styl życia nam odpowiada. I to jest najważniejsze. Sami będziemy decydować za siebie.