Przyjaciółka ostrzegała mnie, że wyjście za rozwiedzionego mężczyznę to nie najlepszy pomysł

Z Łukaszem spotykałam się ponad trzy lata. On był po rozwodzie, ja – wolna, nie spieszyliśmy się, po prostu miło spędzaliśmy czas, poznając się lepiej. Z poprzedniego małżeństwa Łukasz miał syna, którym aktywnie się zajmował. Nigdy nie odmawiał pomocy swojej byłej żonie, poza alimentami często rozwiązywał różne problemy finansowe, był naprawdę troskliwym i odpowiedzialnym ojcem. To była cecha, która bardzo mi się w nim podobała. Odpowiedzialność i obowiązkowość mężczyzny zawsze są atrakcyjne.

Łukasz pokazał te same cechy, gdy zaszłam w ciążę. Dowiedziawszy się o tym, od razu mi się oświadczył, ciesząc się z przyszłego dziecka. Wzięliśmy ślub i przeprowadził się do mnie. Mieszkałam w dwupokojowym mieszkaniu odziedziczonym po ciotce, a mój, teraz już mąż, mieszkał wcześniej w wynajmowanym mieszkaniu, ponieważ zostawił swoje mieszkanie pierwszej żonie i synowi bez żadnych roszczeń do swojej części.

Kiedy nadszedł czas, urodziłam naszego pierwszego syna, Maksymiliana, a rok później znów spodziewaliśmy się dziecka. Nasze życie rodzinne bardzo mnie cieszyło. Łukasz starał się we wszystkim – pomagał mi z dzieckiem, w domu, potrafił przygotować pyszny obiad. Znalazł sobie dodatkową pracę, ponieważ byłam na urlopie macierzyńskim, a wydatki związane z dziećmi znacznie wzrosły. Nie zapominał też o swoim synu z pierwszego małżeństwa. Konrad chodził już wtedy do szkoły średniej, a tata zapewniał mu wszystko, czego potrzebował, żeby wyglądać jak rówieśnicy.

Czas mijał, nasi Maksymilian i Szymon rośli, a Konrad skończył szkołę i poszedł na studia. Kilka razy Łukasz wspomniał, że jego syn jest już dorosły i dobrze byłoby jakoś rozwiązać kwestię mieszkania. Te rozmowy były raczej luźne, a ja, zgadzając się, że dobrze by było, nie przywiązywałam do nich większej wagi, traktując je jako rozważania na temat przyszłości syna.

Maksymilian miał iść już do pierwszej klasy, a w sierpniu zmarła moja babcia. Mama zrezygnowała z dziedziczenia mieszkania, więc postanowiliśmy od razu przepisać je na Maksymiliana i Szymona, po równo. Gdy mój mąż się o tym dowiedział, zaproponował sprzedaż mieszkania babci i podział pieniędzy na trzy części – dla Maksymiliana, Szymona i… Konrada. Na moje pytanie, jakie ma prawo jego syn z pierwszego małżeństwa do mieszkania mojej babci, Łukasz się obraził, ale wyjaśnił, że w ten sposób można by wziąć kredyt hipoteczny i kupić Konradowi kawalerkę.

To „świetne” wyjaśnienie wzbudziło we mnie kolejne pytanie: kto będzie spłacał ten kredyt? I znów mąż mnie zaskoczył: „Pomożemy synowi, sam sobie nie poradzi”.

Kiedy odmówiłam takiego „genialnego” planu i zasugerowałam Łukaszowi, żeby trochę nacisnął na swoją byłą żonę, aby i ona się starała, nasza rozmowa przerodziła się w emocjonalną kłótnię.

Od prawie miesiąca praktycznie się nie odzywamy. W tym czasie przepisałam mieszkanie babci na naszych dwóch synów, Łukasz o tym wie i uważa, że po prostu nie chcę zrozumieć sytuacji jego starszego syna. W zasadzie ma rację, naprawdę nie chcę. Jeśli Maksymilian i Szymon mają szczęście, że już w tak młodym wieku mają na swoim koncie nieruchomość, to zasługa głównie mojej mamy, która zrezygnowała z dziedziczenia. Nie mówiłam jej o naszych kłótniach, żeby jej nie martwić. Jestem pewna, że mama nigdy by się nie zgodziła na podział mieszkania babci na trójkę dzieci.

Kiedy planowałam wyjść za Łukasza, przyjaciółka ostrzegała mnie, że wyjście za rozwiedzionego mężczyznę to nie najlepszy pomysł, i miała rację. Nie wiem, czym zakończy się nasze zmaganie z mężem, ale na razie nic dobrego z tego nie wynika…