Przyjechałam do syna odpocząć, a musiałam robić porządki

Kiedy dostałam urlop, postanowiłam odwiedzić syna. Co robiłam przez cały tydzień? Sprzątałam jego mieszkanie! Dlaczego? Bo synowa mi się trafiła niegospodarna.

Jestem ze wsi, a syn po szkole wyjechał do miasta. Tam znalazł synową i się ożenił. Wzięli mieszkanie na kredyt i zaczęli się urządzać. W tym roku w końcu miałam okazję pojechać do nich na parapetówkę i zobaczyć, jak się urządzili. Dzięki Bogu, sąsiedzi pomogli, bo nie miałam komu zostawić gospodarstwa.

Miałam nadzieję, że trochę odpocznę od codziennych spraw, pospaceruję po mieście i w końcu pójdę do teatru. Tym bardziej, że nikt nie miał nic przeciwko mojemu przyjazdowi. Kiedy przyjechałam, nikogo nie było w domu. Klucze dzieci zostawiły sąsiadce, żebym mogła wejść do mieszkania. Przekroczywszy próg, od razu złapałam się za serce. Takiego bałaganu nigdzie i nigdy nie widziałam.

Nawet podłogi synowa nie raczyła zamieść — wszędzie leżały okruszki i resztki jedzenia. W lodówce było pusto, choć wiedzieli o moim przyjeździe z wyprzedzeniem. Od razu otworzyłam okna, żeby przewietrzyć, i zabrałam się za sprzątanie. Równocześnie gotowałam kolację, bo wiedziałam, że dzieci wrócą późno. Za swoje trudy nie doczekałam się podziękowania.

Po kolacji wszyscy rozeszli się do swoich pokoi. Nikt nie znalazł chwili, żeby porozmawiać lub pospacerować po wieczornej Moskwie. Następny dzień też spędziłam na sprzątaniu, bo armatura była w opłakanym stanie. Nikt mi nie podziękował. Byłam tak zmęczona, że wieczorem padłam bez sił.

Tak minął tydzień mojego odpoczynku. Syn zawiózł mnie na dworzec i powiedział:

— Mamo, przyjechałaś zobaczyć Moskwę, a z domu wyszłaś tylko raz do sklepu!

Byłam w szoku. Moja cierpliwość się wyczerpała. Oczywiście, wyraziłam swoje zdanie. Cały tydzień szorowałam ich chlewik, a on jeszcze się oburza. Kiedy syn mnie wysłuchał, odpowiedział:

— A kto cię prosił o sprzątanie?

Zaczął mi tłumaczyć, że oni przyzwyczaili się tak żyć i wcale im to nie przeszkadza. Mówił, że mogłam po prostu nie zwracać uwagi i zajmować się swoimi sprawami. Jak w ogóle można coś takiego powiedzieć? Jak mogę korzystać z prysznica, jeśli jest w takim stanie, że odpycha? O naczyniach, podłogach, toalecie już nie wspomnę.

— Mamo, my żyjemy szczęśliwie, podziwiając zachody słońca, rozmawiając z przyjaciółmi i jeżdżąc na wycieczki. Nie obchodzi nas, czy podłogi są umyte, czy nie.

Jak to możliwe? Chodzą po mieszkaniu z zamkniętymi oczami? Nie wstydzą się zapraszać gości? Szczerze mówiąc, po takim urlopie czuję, że w ogóle nie jestem im potrzebna. Jakbym była darmową gospodynią. Więcej nie chcę do nich zaglądać.

A może syn ma rację?