Syn jest całkowicie pod władzą swojej żony. Nawet do mnie na jedzenie przychodzi potajemnie

Zawsze uważałam się za najlepszą mamę na całej planecie. Choć nigdy nie byłam w oficjalnym związku małżeńskim i mój syn nie zna swojego ojca, postanowiłam, że poświęcę swoje życie dla synka.

Mieszkaliśmy z jednym mężczyzną, po prostu jemu chyba było tak wygodnie: od młodości miałam własne mieszkanie – bogaty tata się postarał, więc ten chłopak się u mnie zadomowił. Nigdy nie proponował mi małżeństwa. Kiedy urodził się syn, ten chłopak jakoś mi się znudził, bo syn stał się dla mnie całym światem. Nawet nie zauważyłam, jak mój współlokator zaczął chodzić na imprezy do rana, a potem go po prostu wyrzuciłam, nawet nie prosiłam go o pieniądze na syna.

Nie mieliśmy z synkiem żadnych potrzeb: dopóki mój tata żył, zapewniał nam wszystko. Moja mama mówiła, że źle wychowuję dziecko – rozpieszczam go za bardzo, trzeba być surowszą. Próbowałam, ale nie wychodziło, bo jeśli na jego policzkach pojawiała się choćby jedna łezka, od razu miękłam i spełniałam wszystkie jego kaprysy.

Kiedy syn już chodził do szkoły, mój tata zmarł, więc musiałam polegać tylko na sobie, poszłam do pracy. Mimo że „maluch” był już nastolatkiem, starałam się jak najszybciej skończyć pracę, żeby szef pozwolił mi wrócić do domu. W tym czasie nauczyłam się obsługi komputera i pracowałam z dokumentami: jeśli zrobiłam wszystko szybko w ciągu dnia, pozwalali mi wcześniej wyjść. Od razu biegłam przez sklep po smakołyki dla synka.

Z czasem syn znalazł sobie dziewczynę, biegał do niej z kwiatami, wydawał połowę pensji na mały flakonik drogich perfum, wymyślał różne niespodzianki. Cieszyłam się z jego sukcesów w życiu osobistym, ale wewnętrzny głos podpowiadał mi, że z tego związku nic dobrego nie wyniknie.

Kiedy syn postanowił się ożenić, powiedział, że wesele będzie według scenariusza panny młodej, a on musi dużo zarobić, żeby wszystko zrealizować. Z mamą pożałowałyśmy naszego narzeczonego i dałyśmy mu dużą sumę pieniędzy, którą odkładałyśmy – wszystko poszło na kaprysy synowej.

Młodych wpuściłam do swojego mieszkania, a sama przeprowadziłam się do mamy. Dosłownie kilka dni później zaczęło się przekształcanie mojego mieszkania, gdzie już nie było dla mnie miejsca: jeden pokój to ich sypialnia, a drugi to salon z dużym stołem na środku. Nawet kanapa tam nie jest rozkładana, krótka, na której nie da się spać.

Synowa zaczęła się krzywić, gdy przychodziłam – cały czas chciałam przytulić się do syna, a jej irytowały te „czułości”. Potem zaczęłam zauważać, że synowa ignoruje wszystko – moje rady, moje rozmowy, nawet nie uśmiechnie się na moje żarty. Skrzywi się i odwróci. Przestali nas z mamą zapraszać na uroczystości, bo mają wyłącznie młodzieżowe towarzystwo.

Kiedy na świat przyszła wnuczka, przestaliśmy z mamą być dla nich mile widziani. Dziecko podobno ma alergię na koty, a my ze swoimi swetrami pełnymi kociej sierści przynosimy problem do domu. Oczywiście to ona tak wymyśliła! Kiedy się obraziłam i śmiałam zrobić Annie uwagę w tej sprawie, ona się obraziła i urządziła mojemu synowi awanturę z łzami.

Od tego czasu dla niej my z mamą stałyśmy się wrogami numer 1. A rok temu zmarła moja mama, i zostałam zupełnie sama. Syn potajemnie przychodzi do mnie w gości i błaga, żebym nikomu o tym nie mówiła, bo plotki dotrą do jego żony. Stał się całkiem chudy i zatroskany. Gdzie popełniłam błąd w jego wychowaniu, co przegapiłam w jego wychowaniu?