U rodziny mojego męża dosłownie panuje kult jedzenia. Staram się zmienić jego nawyki żywieniowe, a on jeździ do matki dojadać

W wieku 35 lat i przy wzroście 180 cm waga mojego męża sięga 120 kg.

W czasie naszego poznania również był tęgi, ale pełen zdrowia. Taki dorosły bobas. Jednak nigdy nie przyciągały mnie puszyste sylwetki. Unikałam ich. Ale to właśnie mój mąż potrafił roztapić lód w moim sercu. Taki charyzmatyczny, wesoły, pozytywny. Dodatkowo wspaniały gospodarz. Byłam przekonana, że uda mi się zmienić go na lepsze, zmienić jego upodobania kulinarne. A to doprowadzi do zrzucenia wagi. Uprawiam sport, mam kilka diet w zanadrzu. Ale kto mógł przypuszczać, że znajdę kamień przewrotny – swoją teściową.

Kiedy znalazłam się w domu przyszłego męża, zdałam sobie sprawę, że dla nich jedzenie jest na pierwszym miejscu. Różnorodne, kaloryczne, tłuste, smażone. Był to dzień imienin siostry narzeczonego. Ostrzegł, że zawsze ich rodzina obchodzi święta razem, w domu, przyjdzie tylko jedna z koleżanek siostry. Na widok stołu świątecznego byłam przerażona – był tam cały festiwal. Miało się wrażenie, że oczekiwali stu gości. Kurczaka upieczonego, wiele sałatek, kotlety, gotowane ziemniaki, pieczone, mielone, ciasta, ciasteczka. Wtedy pomyślałam, że to po prostu niemożliwe, żeby to wszystko zjedli nawet we dwoje.

Ale wieczorem stół opróżnił się. Matka i ojciec męża byli bardzo pulchni. Pracują w gastronomii i mają stały dostęp do jedzenia. Teściowa też była pulchna, ale jeszcze nie tłusta. Wszyscy przyszli krewni sumiennie opróżniali swoje talerze. Namawiali mnie, żebym też jadła więcej, ale ja czułam jedynie obrzydzenie na widok tego wszystkiego. Po co tyle jedzenia? Ale przecież nie po to, żeby potem głodować.

Cała rodzina rozmawiała tylko o jedzeniu. Kiedy zdecydowaliśmy się z narzeczonym na ślub, przyszła teściowa ciągle uczyła mnie, co należy gotować dla przyszłego męża. Przekazywała mi swoje przepisy, które z radością wyrzucałam, wiedząc, że mam zamiar doprowadzić męża do normalnego wyglądu i uwolnić go od obżarstwa.

Zamiast majonezu do sałatek kłałam śmietanę, polewałam je oliwą z oliwek, gotowałam warzywa na różne sposoby, stopniowo zmniejszałam porcje. Zaproponowałam mężowi razem ze mną przejście na dietę, żeby przygotować się do rodzicielstwa. Mąż nie protestował, ale po kilku miesiącach się zniechęcił. A kiedy powiedziałam, że jestem już w ciąży, zaczął wstawać w nocy i zajadać się w lodówce. Obwiniałam go o brak siły woli, ponadto kupował w pracy bułeczki i pączki, te kilogramy, które z trudem zrzucił, szybko wracały. Cieszyłam się, że mieszkamy daleko od jego rodziny.

Kiedy urodziłam córkę, przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania bliżej domu teściowej. Zaledwie 5 minut drogi. Od tego momentu zaczęły się prawdziwe kłopoty. W domu gotowałam lekkie posiłki, a mąż potem chodził do matki i obżerał się tam sałatkami, tłustym jedzeniem. Teściowa zarzuca mi, że źle dbam o jej kochanego synka, który głoduje. Zapisałam męża na fitness, ale zaczął narzekać, że potem źle się czuje. Teściowa dzwoni do mnie i skarży się, że próbuję go otruć, jakoby sport mu zaszkodził. Odpowiedziałam jej, że przez nią cierpi jego zdrowie, bo przez otyłość jej syna ma duszności, skacze ciśnienie, a to bardzo niebezpieczne. Wtedy mocno się pokłóciliśmy.

Poszłam porozmawiać z mężem i mówię mu:

“Posłuchaj, przecież mamy normalną rodzinę, dogadujemy się, a wszystkie konflikty pojawiają się tylko z powodu obżarstwa. Czy nie widzisz, jak cierpi z tego twój organizm? Tłuste, smażone, słodkie szkodzi ci. Po co się tym obżerasz?”

Od tego czasu złożył obietnicę zmiany podejścia do jedzenia. Tylko myślę, że będzie tajnie podjadał u mamy. Nie poradzi sobie. Aktualnie nasze relacje są napięte. Jako kobieta nie przyciąga mnie otyły mąż. Nie chcę cały czas tak żyć i zmęczyłam się robieniem czegoś dla dobra rodziny sama.