Zadowolić rodziców narzeczonego jest po prostu niemożliwe! Staraj się, jak chcesz – wszystko na próżno!

Z Arturem spotykałam się ponad dwa lata i w końcu doszło do zaręczyn. Wszystko było pięknie – restauracja, kwiaty, pierścionek, a z mojej strony oczywiście „tak, kochanie!”

Z rodzicami mojego narzeczonego nie mieliśmy częstego kontaktu, więc byliśmy raczej mało zaznajomieni. Nie było między nami specjalnych zachwytów czy czułości, jedynie uprzejma grzeczność i tyle. Kiedy ich syn przedstawił mnie jako swoją narzeczoną, niespodziewanie zrobili nam prezent:

— Wkrótce wyjeżdżamy na wakacje, więc mieszkanie jest do waszej dyspozycji, akurat możecie się przyjrzeć sobie w codziennych warunkach.

To było wspaniałe. Po studiach wynajmowałam mały pokoik, więc Artur, po rozmowie, wracał do domu, a teraz – trzypokojowe mieszkanie, przestrzeń ogromna!

Po trzech dniach przeprowadziłam się do mieszkania przyszłych, jak wtedy myślałam, teściów. Artur ostrzegł mnie, że jego mama bardzo lubi czystość, więc poprosił, bym utrzymywała porządek, a przed ich powrotem zrobiła generalne sprzątanie. Nie problem! Tylko zauważyłam, że czystość u pani Marii była daleka od idealnej, co wyszło przy bliższym zapoznaniu się z mieszkaniem. Oczywiście, nie komentowałam kurzu w kątach, dość brudnych okien i łazienki, która wymagała lepszej higieny, po prostu usunęłam te „niedociągnięcia”.

Podczas sprzątania zauważyłam, że Artur nawet nie ruszył się, by mi pomóc – siedział z telefonem i tak został. Chyba poczuł pewien dyskomfort z powodu tego, że biegałam z odkurzaczem, szmatkami i gąbkami, a on „nieobecny” w tym procesie, bo później, przy obiedzie, wyjaśnił, że cała praca domowa w ich domu spoczywa na kobiecie, a dostatek i finansowe bezpieczeństwo zapewniają mężczyźni, kiedyś ojciec, a teraz on. Wzruszyłam ramionami:

— Kategorycznie nie mam nic przeciwko, jeśli nie będę musiała martwić się o każdą złotówkę do wypłaty, w domu zawsze czekać na ciebie będzie komfort i porządek!

Na tym zakończyliśmy ustalanie naszej przyszłej „hierarchii”. Mówiłam zupełnie szczerze, mąż dobrze zarabia – żona może albo w ogóle nie pracować oficjalnie, albo w dość elastycznym trybie.

Prawie trzy tygodnie cieszyliśmy się przestronnym mieszkaniem i możliwością bycia razem. Gotowałam mnóstwo różnych potraw, mój narzeczony się objadał, nawet trochę przytył przez ten czas, choć ćwiczeń fizycznych nam nie brakowało. Wszystkie potrawy w moim wykonaniu Artur wychwalał, mówił, że gotuję wspaniale i że jest rozpieszczany. Było mi miło słyszeć takie komplementy, oprócz kuchni codziennie sprzątałam mieszkanie, likwidując nawet najmniejsze oznaki brudu i bałaganu, słowem, starałam się być wzorową gospodynią. Przed powrotem rodziców Artura zrobiłam generalne sprzątanie, choć mieszkanie i tak już lśniło, postanowiłam jeszcze „dopolerować”.

Wrócili właściciele… Jakie było moje zdziwienie, a raczej wstrząs, gdy Artur powiedział mi, że jego mama miała kilka uwag co do porządku, a ojcu nie smakowało to, co przygotowałam, skrytykował praktycznie wszystko, jeszcze skomentował, że „trudno ci będzie, synku…”. Narzeczony mówił mi to z dziwnymi intonacjami, jakby usprawiedliwiał swoich rodziców i stawał po ich stronie, nie wspominając ani słowem o tym, jak sam zajadał się moimi naleśnikami, zupami, pierożkami, sałatkami i wypiekami. Powiedzieć, że bardzo zepsuł mi wtedy humor, to nic nie powiedzieć. Ale to były dopiero początki problemów.

Minęły dwa dni, Artur z jakiegoś powodu nie dzwonił. Sama zadzwoniłam, pytając, czy coś się stało. Odpowiedział mi zwyczajnym, obojętnym tonem:

— Nie, wszystko w porządku, jestem po prostu zajęty. Chciałem zadzwonić wieczorem i porozmawiać o przełożeniu ślubu na pół roku…

Myślałam, że się przesłyszałam i zapytałam ponownie:

— Chcesz przełożyć ślub? Dlaczego?

Usłyszałam odpowiedź:

— Dajmy sobie więcej czasu, żeby lepiej się poznać…

Wyciągnęłam:

— Aha… — i rozłączyłam się.

Płakałam całą noc, ale podświadomie czekałam, że Artur zadzwoni, przyjedzie, jakoś wyjaśni swoje głupie propozycje. Nie zadzwonił, ani następnego dnia, ani przez tydzień…

No cóż, jeśli tak bardzo wpłynęła na niego opinia rodziców, to i lepiej, znaczy to, że chłopiec jeszcze nie dorósł do męskich spodni, i dziękuję niedoszłym teściom, że pomogli mi to zrozumieć przed wizytą w USC. Szkoda tylko straconego czasu…