— Zamkniesz się w końcu, czy nie? Wróciłem z pracy, masz postawić jedzenie na stół i nie rzucać się w oczy. Jasne?

Nie mogę zrozumieć, jak udało mi się przetrwać… Kiedy siedziałam na urlopie macierzyńskim, prawie oszalałam.

Zanim urodziłam dziecko, relacje z mężem układały się świetnie. A potem bardzo się zmienił. Stał się opryskliwy, obrzucał mnie wyzwiskami, przestałam go rozpoznawać. Nawet kiedy mówię mu coś zwykłego, natychmiast mnie ucisza. Nawet jeśli to coś nieznaczącego. Od razu się oburza:

— Zamkniesz się w końcu, czy nie? Wróciłem z pracy, masz postawić jedzenie na stół i nie rzucać się w oczy. Jasne?

Po tych słowach opadam z sił. Kiedyś byłam radosna, a teraz chodzę jak cień. Kiedy mówię, że jestem zmęczona, on natychmiast szydzi:

— Od czego ty niby miałaś się zmęczyć? Cały dzień leżysz na kanapie. I co z tego, że jest dziecko?

Uważa, że skoro tylko on pracuje, to tylko on ma prawo być zmęczony. Tak, bo przecież siedzi w biurze, pije kawę i wychodzi na papierosa. A ja mam na głowie aktywne dziecko, sprzątanie, pranie, gotowanie, pracę dorywczą przez internet. Po prostu chcę uciec. Nie mówię mu o dodatkowej pracy, żeby nie zabrał mi pieniędzy.

On nigdy nie daje mi pieniędzy. I nie znosi, kiedy mam jakieś własne. Nawet na środki pielęgnacyjne dla dziecka muszę żebrać. Denerwuje go nawet suma 100 zł na pieluchy i krem. Mi kupuje najtańszy szampon. Postanowiłam kiedyś po prostu zniknąć z dzieckiem. Najważniejsze, to zaoszczędzić jak najwięcej pieniędzy. Tylko ta myśl mnie trzyma przy życiu.