Zdecydowałam się w końcu zamieszkać z mężczyzną… Wytrzymałam zaledwie dwa tygodnie!

Zaczęliśmy się romantycznie spotykać. Nie robiłam sobie wielkich nadziei, żeby później się nie rozczarować. Ostatnie 15 lat żyłam sama, więc samotność mnie nie przerażała. Jednak ten mężczyzna wydał mi się interesujący, więc zaryzykowałam.

Na początku wszystko było w porządku, ale potem zaczęło dziać się coś strasznego. Pracowałam dłużej niż on. Mój partner miał własną firmę, więc sam organizował sobie czas. Ale wszystkie obowiązki domowe spadały na mnie. Sprzątałam po pracy, a na weekendy gotowałam z zapasem.

Jego apetyt był ogromny. Wracałam z pracy, a w lodówce pusto. Do tego cały zlew pełen brudnych naczyń. Jeśli zwróciłam mu uwagę, od razu się obrażał i grał w milczenie. Tolerowałam to.

Pewnego razu poprosiłam go o pomoc w generalnym sprzątaniu, na co odpowiedział, że to kobieta powinna to robić. Przez cały czas posprzątał w mieszkaniu tylko raz. I to tak sobie! Odkurzył tylko dywan, a rzeczy wrzucił do szafy byle jak. Skarpetki zostawił pod kanapą, tam też leżały. Kurz ścierał tylko wokół przedmiotów — nawet nie raczył podnieść wazonu z kwiatami.

Powiecie, że jestem rozpieszczona? Dlaczego? Złapałam się na myśli, że nie czerpię nic dobrego z tych relacji.

Tylko się stresuję, męczę i jestem zmęczona. Samotnie żyło mi się łatwiej niż z mężczyzną. Czułam się jak niewolnica i darmowa służąca.

Ale brakowało mi odwagi, by to wyrazić i postawić sprawę jasno. Jednak pewnego dnia cierpliwość się skończyła. W odpowiedzi usłyszałam: “Jestem gościem w twoim domu, a nie właścicielem, więc niczym nie jestem zobowiązany. Nie zamierzam się angażować. Myślałaś, że znalazłaś głupca?”

Ostatecznie nasze wspólne mieszkanie trwało tylko dwa tygodnie. Ale wyciągnęłam wnioski. Więcej żadnych mężczyzn. Po co mi dodatkowe problemy?