Żyłam z mężem nieszczęśliwie. Chciałam dla córki innego losu, a teraz już sama nie wiem

Moje życie rodzinne było koszmarne. Przeżyliśmy z mężem dwanaście lat, a ja ciągle czułam się jak w klatce.

Mój mąż okazał się złośliwy i brutalny. Ciągle wyrażał swoje niezadowolenie, niczego nie pozwalał, nie dawał prezentów, był bardzo skąpy. Czasami nawet chowałam przed nim to, co kupiłam. Jeśli wracał z pracy pijany, czasem mnie bił, na szczęście córki nie dotykał. Powinnam była odejść od niego już na początku, ale dokąd? Rodziców już nie miałam, starałam się ratować rodzinę. Nie chciałam, żeby córka powtórzyła mój los.

Kiedy mąż zmarł, odetchnęłam. Może to źle tak mówić o zmarłym, ale taka jest prawda. Od momentu, kiedy córka miała dwanaście lat, wychowywałam ją sama. Musiałam się bardzo starać, aby dobrze ją wychować. Udało mi się ją wykształcić, dać jej dobry start w życie. Starałam się jej niczego nie odmawiać, nie ograniczać jej, pomagałam radą, gdy tego potrzebowała. Byłam dla niej matką, przyjaciółką i siostrą.

Kiedy córka powiedziała, że zamierza zamieszkać z chłopakiem, nie sprzeciwiałam się. Młody człowiek był dobry, uczciwy, pochodził z porządnej rodziny. Rozumiałam, że przy nim będzie bezpieczna.

Kiedy ogłosili, że się pobierają, ucieszyłam się. Krystian kochał córkę, nosił ją na rękach, obsypywał kwiatami i prezentami. Byłam szczęśliwa, że u nich wszystko układa się dobrze. Jednocześnie w mojej duszy ciągle pojawiało się zaniepokojenie. Córka wyrosła na dobrą gospodynię, uczyła się świetnie, niedawno urodziła bliźnięta. To była radość! Patrzyłam na nich i nie mogłam się nacieszyć. Jednak niepokój mnie nie opuszczał. Chyba to przez życie z byłym mężem. On zawsze wszczynał kłótnie, robił awantury, więc moja psychika się zachwiała. A zięć uwielbia córkę i synów. Kiedy ich odwiedzam, widzę, jaka spokojna i harmonijna atmosfera panuje w ich domu. Z jednej strony powinnam się cieszyć, ale coś nie daje mi spokoju. Boję się, że wszystko się rozpadnie. W końcu różne rzeczy się zdarzają w życiu.

Próbuję nastawiać się na dobre, odganiać złe myśli, ale nie udaje mi się. Dzielę się obawami z przyjaciółkami, a one radzą mi, żebym się nie zamartwiała. Przecież nie ma sensu z góry się złościć i smucić. Może niepotrzebnie tak panikuję?