A ja jestem potrzebna dzieciom tylko wtedy, gdy mają z tego jakąś korzyść…

Jest mi tak przykro, że nawet nie potrafię opisać swojego stanu. Kiedy synowa potrzebowała mojej pomocy, dzwoniła codziennie i zapraszała mnie w gości, a teraz prosi, żebym się nie wtrącała w ich życie.

Mój syn jest w małżeństwie od około 10 lat. Z mężem podarowaliśmy dzieciom na ślub mieszkanie i w pełni je urządziliśmy, żeby młodej parze było wygodnie. Rodzice synowej w ogóle się do tego nie przyczynili, choć mogli zaoferować pomoc fizyczną, kiedy my własnymi rękami robiliśmy remont.

Od dnia poznania dobrze dogadywałam się z synową. Starałam się nie ingerować w relacje młodych i przychodziłam tylko wtedy, gdy mnie zapraszali. Rozumiałam, że mają swoje sprawy i obowiązki. Choć synowa nie była idealną gospodynią, nie pouczałam jej. Życie samo nauczy, a do tego jest jeszcze internet.

Dosłownie rok po ślubie synowa zaszła w ciążę. Nie mogłam się nacieszyć, że wkrótce zostanę babcią. Od razu powiedziałam żonie syna, że może na mnie liczyć w razie potrzeby.

Moja pomoc była potrzebna od razu po wypisie ze szpitala. Teściowa pracowała w innym mieście, więc nie mogła często przyjeżdżać, a ja musiałam praktycznie przeprowadzić się do dzieci. Synowa na początku bała się nawet podejść do dziecka, żeby mu nie zaszkodzić.

Czegoś ją uczyłam, a coś robiłam sama. Na początku synowa tylko obserwowała, jak coś robię. Potem zaczęła stopniowo wykazywać inicjatywę, ale nadal ciągle mnie zapraszała i narzekała, że bez mnie sobie nie radzi.

Kiedy wnuk poszedł do przedszkola, wszystkie zwolnienia lekarskie były na mojej głowie. Wiedziałam, że synowa musi pracować, więc bez problemu ją zastępowałam. Sama zajmowałam się jego rozwojem, woziłam go na zajęcia i szyłam kostiumy na przedstawienia, bo młodzi rodzice nie mieli na to czasu.

Dosłownie wychowałam wnuka. I to prawda. Zawsze byłam obok i nigdy nie odmawiałam synowej, choć poświęcałam swoje plany. A wnuk był dla mnie radością, zwłaszcza po śmierci męża. Było mi łatwiej, mając go przy sobie, odrywałam się od smutku i czułam, że nie jestem sama.

Jednak kiedy wnuk podrósł, a teściowa mogła wrócić do rodzinnego miasta, nagle stałam się niepotrzebna. No i lata robią swoje. Teraz to ja potrzebowałam pomocy, a nie oni. Kiedy coś się psuło, musiałam dzwonić do syna, bo nie miałam nikogo innego do kogo mogłabym się zwrócić.

Ponieważ syn całkowicie poświęcił się karierze, synowa ciągle była nerwowa. On obiecywał, że przyjedzie w weekend, ale ona robiła wszystko, żeby go ode mnie odciągnąć. A potem wprost powiedziała:

— Dlaczego ciągle wtrącasz się w nasze życie i przeszkadzasz Andrzejowi? Zepsuł się kran? Zadzwoń po hydraulika! My nie jesteśmy serwisem!

Zrobiło mi się tak przykro. Kiedy potrzebowała pomocy, śpiewała jak słowik, a teraz wszystko się zmieniło? Przestała nawet przysyłać wnuka, bo podobno go rozpieszczam.

Postanowiłam w ogóle do nich nie dzwonić i nie przychodzić. Zobaczymy, kiedy o mnie sobie przypomną! Nie żałuję, że pomagałam. To wszystko jest na ich sumieniu.