Chciałam zmienić męża i zmusić go do pomagania w domu, a on po prostu odszedł do swojej mamy

Szczerze mówiąc, miałam zupełnie inne wyobrażenie o życiu rodzinnym. Może to moja wina, że tak się stało. Powinnam była najpierw sprawdzić, jak się dogadujemy w codziennym życiu, a dopiero potem brać ślub. Ale rodzice ciągle powtarzali, że wspólne życie przed ślubem to hańba. Z żałością stwierdzam, że ich posłuchałam!

Po ślubie oczy otworzyły mi się nie od razu. Zakochanie zaćmiło mi rozum, więc żyłam w jakiejś euforii, która łagodziła wszystkie ostre kąty. Potem jednak moje różowe okulary pękły, a ja spojrzałam prosto w oczy surowej rzeczywistości.

Na początku powiem, że bardzo chciałam wyjść za tego mężczyznę za mąż. Byłam jakby pod narkozą i przymykałam oczy na wszystko. Ale wkrótce zauważyłam, że mój mąż postanowił pełnić jedynie funkcję dekoracyjną. Nie chciał zajmować się ani męskimi, ani kobiecymi obowiązkami. Gdyby jeszcze potrafił naprawić kran, to mogłabym się z tym pogodzić, ale jego nieporadność w codziennych sprawach doprowadzała mnie do szału.

Mamy taki sam grafik pracy, więc wracamy o tej samej porze. Ja biegnę do kuchni, a on wpatruje się w telefon i odpoczywa. Nawet zakupów nie może zrobić po drodze do domu.

Po kolacji idzie z powrotem na kanapę, a ja sprzątam i zmywam. Nie dość, że mi nie pomaga, to jeszcze wszędzie robi bałagan. Jego koszulki, skarpetki, spodnie są porozrzucane po całym mieszkaniu. Nawet nie umyje po sobie kubka ani nie zetrze okruchów ze stołu. Jeśli zapomnę wynieść śmieci, on tego nie zrobi, mimo że w mieszkaniu zaczyna brzydko pachnieć.

To mnie tak zaczęło irytować, że postanowiłam nauczyć go porządku. Chciałam sprawić, by zaczął angażować się w prace domowe. Zaczęłam zachowywać się tak jak on. Gotowałam jedzenie tylko dla siebie.

— Jesteś głodny? Przygotuj coś sobie! Nie masz czystych skarpet? Upierz je sobie! — mówiłam wzruszając ramionami.

Myślałam, że po tygodniu lub dwóch mąż stanie się grzeczny i zacznie mi pomagać, ale okazało się inaczej. Po prostu spakował swoje rzeczy i poszedł do swojej mamy. Nie tylko na jedzenie i pranie, ale na stałe. Jeszcze teściowa miała do mnie pretensje. Jak to, żona nie zadbała, że mąż głodny i zaniedbany?

— Powinnaś była nauczyć swojego syna, że żona to nie służąca. On nawet nie umie o siebie zadbać! O jakiejkolwiek pomocy mogę zapomnieć! — nie wytrzymałam.

— Takiej synowej to ja nie chciałam… Chcesz zrobić z mojego syna niewolnika. On nie musi zmywać naczyń ani prać swoich skarpet. Po co wtedy brał ślub?

Niezła argumentacja. Czyli, według niej, małżeństwo jest po to, żeby mąż nic nie robił? Teściowa twierdzi, że zadaniem mężczyzny jest finansowe zabezpieczenie rodziny. Pomagać w domu nie musi, więc nie można od niego wymagać więcej. Praca to moje obowiązki, a ja mogę siedzieć w domu i zajmować się gospodarstwem. Mężczyźnie potrzebna jest kobieta, która będzie o niego dbać. Czy powinnam jeszcze wycierać mu nos?

Prawdę mówiąc, jestem już psychicznie przygotowana do rozwodu. Ale nie chcę pochopnie podejmować decyzji, ponieważ nadal mam nadzieję, że uda mi się naprawić nasze małżeństwo i zmienić je na lepsze.

Czy wszyscy mężczyźni tacy są? Czy tylko mnie tak “szczęście” dopisało?