Mam dość dawania drogich prezentów i otrzymywania w zamian niepotrzebnego badziewia

Zawsze kupuję bliskim dobre i drogie prezenty. Nikt nie zaprzeczy. Lubię sprawiać radość wszystkim, ale nienawidzę konsumpcyjnego podejścia. Lubię, kiedy wszystko jest wzajemne i ludzkie.

Przez te lata nauczyłam się gustów mojej rodziny, dlatego długo przed świętami zaczynam szukać odpowiednich prezentów. Zawsze pytam o ich życzenia, aby spełnić jakieś małe marzenie. Obserwuję bliskich, bo wiem, że niepotrzebne prezenty bardzo rozczarowują.

Na przykład teściowa narzekała, że chce zmienić zasłony w salonie, ale szkoda jej pieniędzy — więc na Boże Narodzenie podarowałam jej bon do specjalistycznego sklepu. Była tak szczęśliwa, jakby dostała wycieczkę do Egiptu. I tak postępuję z całą rodziną.

Ale w moim przypadku nikt się nie przejmuje. Dostaję patelnie albo pościel. Jestem kobietą, a nie kucharką i gospodynią domową. Kiedyś teściowa podarowała mi nawet stare majtki. Po co, pytam? Pewnie znalazła swoje stare zapasy i postanowiła, że „dobro” nie powinno się zmarnować.

Mój mąż też się nie wysila i daje mi coś do kuchni. Chociaż takie rzeczy powinniśmy kupować razem i brać pieniądze z budżetu, a nie dawać jako prezent.

Natomiast wszyscy chętnie opowiadają o swoich życzeniach. Syn chciał nową konsolę, a mąż marzył o nowym narzędziu. Teściowa rozmyślała i przesyłała mi linki do różnych francuskich perfum. Ale postanowiłam w tym roku przestać być szczodrym Mikołajem i działać wzajemnie.

Kolejna sprawa — dlaczego wszystkie święta obchodzimy u nas? Muszę biegać jak szalona i przygotowywać wszystko, żeby rodzina mogła przyjść i usiąść przy stole. Kiedyś przynajmniej oferowali pomoc, a teraz nawet nie wspomną o niej. Sama chętnie chodziłabym w gości.

Moja rodzina nie od razu zrozumiała, że postanowiłam zrobić przewrót. Wszyscy spokojnie czekali na święta i się nie przejmowali. Dzieci tylko od czasu do czasu pytały, dlaczego się smaruję kremami i maluję, a nie kroję sałatki. Nikt nawet nie zapytał, jak chcę świętować i jaki chciałabym dostać prezent. Wszyscy przyzwyczaili się, że jestem pociągowym koniem. No to dostaną lekcję.

Nowy rok spędziliśmy z „Olivierem” i ziemniakami. Wszyscy rozeszli się do domów, gdy zauważyli puste stoły. Prezenty też były budżetowe i „praktyczne”, jak to mówi mój mąż.

Teściowa dostała od Mikołaja ręczniki, które sama mi podarowała po ślubie. Dzieci musiały zadowolić się tylko słodyczami, a mężowi kupiłam zwykły „męski zestaw” — skarpetki i piankę do golenia.

Ze święta nici? Ale ja miałam udane święta. Mam nadzieję, że wszyscy zrozumieli, że jestem żywą osobą, a nie organizatorem świąt. Potrzebuję miłości i uwagi, więc nie zamierzam już tak po prostu obsługiwać wszystkich. Skoro nie ma wzajemności, więcej się nie będę starać.