Mąż uważa, że powinniśmy jeszcze poczekać z dziećmi…

Wygląda na to, że mój mąż w ogóle nie chce dzieci. Przez lata karmi mnie obietnicami, mówiąc, że najpierw musimy stanąć na nogi. Ale nie podejmuje żadnych działań — dalej pracuje na swojej nisko płatnej posadzie.

Nie mieliśmy własnego mieszkania, więc od razu zaczęliśmy odkładać na wkład własny do kredytu hipotecznego. Mąż mówił, że z dziećmi trzeba poczekać, aż będziemy mieć własny dach nad głową.

Jednak nie spieszył się z ciężką pracą i odkładaniem całej pensji. Raz chciał pojechać na wycieczkę, innym razem potrzebował pilnie samochodu. Sprawa kredytu hipotecznego zawsze schodziła na dalszy plan. Oczywiście, niczego nie udało nam się zaoszczędzić, bo mąż wydawał więcej, niż zarabiał. Kiedy mu to wypomniałam, poważnie się pokłóciliśmy. Obiecał przestać trwonić pieniądze, ale sprawy i tak posuwały się bardzo wolno.

Gdyby mąż nie odziedziczył majątku po babci, nigdy nie mielibyśmy własnego mieszkania. To teściowa pozwoliła nam tam zamieszkać, ale nie chciała przepisem dokumentów. Mówiła, że to tylko formalność, ale mnie taka perspektywa nie cieszyła. Nie dość, że musieliśmy zainwestować w remont, to jeszcze nie miałam pewności, że mieszkanie będzie naprawdę nasze. Musiałam się z tym pogodzić. I na tym dziękuję.

Remont trwał cały rok, bo robiliśmy wszystko stopniowo. Musieliśmy wydać sporo pieniędzy, bo mieszkanie było w opłakanym stanie. Kiedy skończyliśmy, znów zasugerowałam mężowi, że pora pomyśleć o dziecku. Ale on znowu zaczął swoje:

— Tak, mamy mieszkanie, ale trzeba stanąć na nogi. Kiedy urodzi się dziecko, będziemy musieli pożegnać się z wolnością. Dajmy sobie jeszcze trochę czasu, żeby się nią nacieszyć.

Mąż mówił, że jak tylko znajdzie lepiej płatną pracę, od razu zaczniemy „pracować” nad dzieckiem. Przekonywał mnie, że nie poradzi sobie sam z urlopem macierzyńskim. Wierzyłam mu na słowo, ale chyba niepotrzebnie — minął rok, a nic się nie zmieniło.

Siedzi na swojej pracy i nawet nie próbuje znaleźć czegoś innego. Ostatnio sugeruje, że powinniśmy pojechać nad morze, chociaż umawialiśmy się, że będziemy odkładać pieniądze na dziecko. Mam wrażenie, że po prostu przeciąga czas i jest gotów żyć bez dzieci. A ja przecież nie młodnieję, potem może być za późno, żeby urodzić. Mama radzi mi postawić mu ultimatum albo się rozwieść. Skłaniam się ku drugiej opcji, bo nie chcę zmuszać męża do działania. Jakim byłby ojcem, jeśli naprawdę nie chce dziecka?

A co wy mi radzicie? Czas ucieka…