Mąż zrzuca na mnie swoje niechęci do spotkań z matką. A ona uważa mnie za diabła wcielonego — mam już tego dość

Mój mąż świetnie sobie poradził. Zawsze wychodzi na swoje, a mnie przedstawia jako najgorszą jędzę. Kiedy nie ma ochoty odwiedzać swojej matki lub nie chce, żeby ona do nas przyjeżdżała, kłamie jej i tłumaczy, że to ja nie życzę sobie jej obecności. Jasne, że matka nie ma powodów, żeby nie wierzyć swojemu synowi. Myśli, że jestem bezduszną jędzą, która przeszkadza w spotkaniach matki z synem. A mój mąż jest pod moim wpływem i robi, co mu każę.

Kiedyś nawet nie podejrzewałam, że tak to wygląda. Ale niedawno prawda wyszła na jaw. Zauważyłam, że nasze relacje z jego matką się popsuły. Nie mogłam zrozumieć dlaczego. Do tej pory nie kłóciłyśmy się, nie przeszkadzała mi swoimi radami, nie wtrącała się w nasze życie. Uważałam ją za rozsądną kobietę i cieszyłam się, że nie mamy konfliktów.

Teraz, kiedy się spotykamy, odwraca się i demonstracyjnie udaje, że mnie nie zauważa. Za co jestem winna? Zapytałam ją bezpośrednio. Nie wyjaśniła nic — tylko dodała, że na krótkim łańcuchu można się łatwo zerwać. Co za sprawy!

Poszłam do męża z pytaniami. Przecież on powinien wiedzieć, co matka ma na myśli. Może to demencja starcza. Albo czegoś nie rozumiem. Na początku doradził mi, żebym się nie przejmowała. Ale ja tak nie mogę! Jestem ciekawa, co się stało. Nie chcę z nikim wrogości. Jak być? Gdzie znaleźć prawdę? I oto wszystko wyszło na jaw. W weekend ktoś zadzwonił do drzwi, a ja zobaczyłam teściową. Samą. Męża nie było w domu — pojechał na ryby. Nie wiedziałam, że przyjdzie jego matka. Byłam zaskoczona.

— Nie mam pojęcia, co się z tobą stało, ale kiedyś uważałam cię za normalną. Rozczarowałaś mnie. Nikt nie zmusza cię, żebyś mnie kochała. Ale mogłabyś chociaż okazać trochę szacunku! Dlaczego nie pozwalasz nam spotykać się z synem? Nie rozumiesz, że jeśli będzie musiał wybierać, to wybierze mnie, a nie ciebie. Nie widuję się z nim tak często, żebyś musiała tak histeryzować! Nie chcesz — nie będę przychodzić do was. Ale nie zabraniaj mu odwiedzać mnie. Pomyśl! Też kiedyś będziesz matką!

Po tych słowach odwróciła się i wyszła. A ja siedziałam i myślałam — jak to wszystko zrozumieć? Co się dzieje? Kogo ja przeszkadzam? Wiele razy mówiłam mężowi, żeby zaprosił mamę do nas, ale on odmawiał. I sam też nie prosił, żeby gdzieś iść. Kim ja jestem, żeby mu czegoś zabraniać lub pozwalać? Kiedy mąż wrócił z ryb, zaczęłam go wypytywać. Na początku unikał tematu, ale kiedy przyparłam go do muru, w końcu się przyznał.

Okazało się, że nie chce często odwiedzać matki. Ma dość jej próśb. Ma swoje plany, które często nie współgrają z jej wymaganiami. A ona nalega. Żeby nie być złym synem i nie kłócić się, zwalał wszystko na mnie. Mówił, że chętnie by pomógł, ale ja się sprzeciwiam i robię awantury. Grożę rozwodem. I nigdy nie przekazywał jej pozdrowień ode mnie. Nie chciał, żebyśmy się spotykały. Mogę sobie wyobrazić, co teściowa o mnie myśli.

Już dawno bym się wściekła i nawet nie przywitała się ze mną. Wszystko się wyjaśniło i stanęło na swoim miejscu. Myślałam, że powinnam zadzwonić do niej i wszystko wyjaśnić. Ale potem zmieniłam zdanie — w czym jestem winna? To mąż nawalił, niech on dzwoni i przeprasza. Ale jak go do tego zmusić? Powiedział, że nie powinnam się wtrącać. Nie chce kłócić się z mamą. A mnie powinno być wszystko jedno.

Co mam robić? Nie chcę, żeby teściowa uważała mnie za straszną kobietę. Przecież jestem niewinna. A mąż uparł się i myśli, że wymyślił idealny plan. I chce tak dalej żyć. Według niego i tak niczego nie straciłam. Ale ja nie chcę tracić swojej reputacji. Poza tym nie wiadomo, jak daleko posunie się dalej. Chyba muszę wziąć sprawy w swoje ręce.