Miałem nadzieję, że żona będzie zajmować się dzieckiem, utrzymywać porządek, a ja będę pracował

Jestem dwa lata w małżeństwie, życie jest świetne, mamy z żoną małe dziecko. Kiedy żona urodziła, ustaliliśmy, że to ona będzie utrzymywać rodzinę.

W pracy nie osiągnąłem zbyt wiele, a żona wręcz przeciwnie. Jej zarobki wystarczały, by utrzymać nas troje i żyć dostatnio. Porozmawialiśmy i zdecydowaliśmy, że ona wróci do pracy, a ja zostanę na urlopie rodzicielskim. Ale wkrótce tego pożałowałem. Żona wracała z pracy i narzekała, że jest bardzo zmęczona. Mówiłem jej, że ja też się męczę. Zgodziłem się zajmować dzieckiem, a nie biegać ze szmatą po domu.

Miałem nadzieję, że po pracy będzie zajmować się domem. A ona nie dość, że nie sprząta i nie gotuje, to jeszcze nie poświęca mi czasu. Zaprosiłem ją na randkę do kawiarni, a ona mówi, że nie ma czasu. Powiedziała, żebym jej przygotował kolację w domu. Ale ja niczego nie zdążam, wszystko mi leci z rąk. Jeszcze muszę nakarmić malucha, położyć go spać, wyprać pieluchy. Jak mam to wszystko ogarnąć?

Miałem nadzieję, że będzie strażniczką domowego ogniska. A wyszło zupełnie inaczej. Tak, zarabia dobrze, ubieramy się ładnie, jemy smaczne jedzenie, podróżujemy. Ale nie widzę w niej kobiety. Całkowicie straciłem do niej ochotę. A gdzie tam, kiedy cały dzień zajmuję się dzieckiem, sprzątam, gotuję. A ona wraca z pracy, taka naładowana, zaczyna mnie namawiać na różne rzeczy.

Zacząłem zauważać, że ostygłem do niej. Zaczynają mi się pojawiać myśli, że ona nie jest tą jedyną. Przecież spotkałem ją, kiedy była delikatną, czułą dziewczyną. A po latach małżeństwa mam zimną, surową kobietę. Niedawno zaproponowała, żebyśmy mieli jeszcze jedno dziecko, a mnie to przeraża. Nie myślę, że potrzebujemy jeszcze jednego. Nie będę już siedział na urlopie rodzicielskim.

Co teraz zrobić? Nie chcę się rozwodzić, ale może jednak warto, póki nie jest za późno. Może nic się nie zmieni w naszym małżeństwie.