Pewnego dnia tata miał urodziny, więc poszliśmy z mężem do rodziców. Przy stole siedzieli już krewni. Rozmawialiśmy, rodzina opowiadała różne historie, aż nagle mama powiedziała przy wszystkich, że kiedyś bardzo nie chciała, żebym wychodziła za mąż za swojego męża. Bardzo nie chciałam, żeby mój Paweł się o tym dowiedział, ale on wszystko dobrze słyszał. Nie wiedziałam, jak wrócić z nim do domu

Obecnie mam dość trudny okres w życiu, nic się nie układa, wszystko się psuje – relacje z mężem, stosunki z rodzicami, radość z macierzyństwa. Mam niespełna 30 lat, a czuję się, jakbym miała 50, co bardzo mnie smuci.

Moja mama jest bardzo otwartą osobą, mówi wszystko, co myśli, prosto w twarz. I bardzo lubi żartować. Ja i moja siostra przyzwyczaiłyśmy się do jej różnego rodzaju uwag, ale mojemu mężowi bardzo nie podobają się jej wypowiedzi pod jego adresem, choć dla niej to nie stanowi przeszkody.

Zawsze starałam się ich pogodzić, zwłaszcza gdy wracaliśmy do domu od moich rodziców, ale to już nie ma teraz znaczenia.

Pewnego razu siedzieliśmy na urodzinach taty i mama, tak mimochodem, powiedziała, że od dawna chciałaby widzieć mojego przyjaciela z dzieciństwa, Andrzeja, jako zięcia, a ja, mając taki uparty charakter, uparłam się na ślub z Pawłem, moim mężem.

Kilka razy przy stole wspomniano jeszcze o „pracowitych rękach” i „pięknych oczach” tego Andrzeja, że osiągnął wiele w życiu i wciąż jest wolny, a mama mówiła to bez szczególnego negatywnego tonu, nawet trochę mrugała do Pawła.

Mój mąż jest bardzo poważną osobą. Zbiera w sobie urazę dość długo, milczy, a potem wyrzuca z siebie wszystko, co mu leży na sercu. Oczywiście, spodziewałam się kłótni i przygotowywałam się do trudnej rozmowy. A wtedy byłam już w ciąży.

W następnej chwili Paweł zaczął wyrażać teściowej wszystko, co mu mówiła przez te lata, pamiętał dosłownie wszystko, do najmniejszej drobnostki, co bardzo mnie zaskoczyło. A potem zwrócił się do mnie i powiedział: „Nigdy nie pozwolisz swoim rodzicom trzymać naszego dziecka. Niech nawet o tym nie marzą”.

Później urodziło się nasze dziecko. Wciąż myślałam, że Paweł zapomni o wszystkich nieporozumieniach, uspokoi się, zrozumie sens słów mojej mamy i w ogóle nie będzie ich brał na poważnie.

Ale gdzie tam! Teraz mój mąż zaczął śledzić moje trasy, szczególnie gdy zabieram ze sobą naszą córkę. Mam dość odpowiadania mu za każdym razem, w którym parku spacerujemy i z kim rozmawiam. Czuję pustkę w sercu, bo moi rodzice jeszcze nie widzieli swojej wnuczki, choć minął już ponad miesiąc od jej narodzin.

Mama dzwoni do mnie codziennie, pyta, co się stało, w czym problem, martwi się, pyta, jak się mamy. Chce przyjść w odwiedziny, a ja nie mogę jej powiedzieć prawdy, że jako babcia już nie istnieje dla swojej wnuczki. Nawet teraz, pisząc to, chce mi się po prostu usiąść i nie być niepokojoną. To jakieś nieludzkie.

Z Pawłem ostatnio rozmawiam z dystansem, choć on okazuje troskę i miłość do mnie i córki, a ja potrzebuję tylko zrozumienia. Jak przekonać jego i moją mamę, że robią tylko gorzej nam, swoim bliskim, mnie i mojej córce? Chcę, żebyśmy byli szczęśliwi wszyscy razem.

Po czyjej stronie stanąć? Pomóżcie.