Po ślubie przeprowadziliśmy się do mieszkania, które odziedziczyłam po babci. Moi rodzice zrobili tam generalny remont, który był ich prezentem ślubnym dla nas. Teściowa natomiast podarowała jakiś stary dywan

Po ślubie zamieszkaliśmy w moim mieszkaniu, które odziedziczyłam po babci. Moi rodzice zrobili tam generalny remont, co było ich prezentem ślubnym dla nas. Teściowa przyniosła jakiś stary, zjedzony przez mole dywan i uważała, że wniosła swój wkład w urządzenie naszego rodzinnego gniazda.

Początek naszego wspólnego życia był wspaniały. Oboje pracowaliśmy, mieliśmy wystarczająco pieniędzy, nie było powodów do nieporozumień. Nawet na wieczne nauki teściowej nie zwracałam uwagi. Ale potem stopniowo zaczęłam otwierać oczy.

W ciągu pierwszych trzech lat naszego małżeństwa mąż zmienił cztery miejsca pracy, a przed moim urlopem macierzyńskim w ogóle został bez pracy i leżał na kanapie przez pół roku. Mówił, że nie może znaleźć dobrej pracy, a teściowa go wspierała, mówiąc, że nie ma sensu łapać się wszystkiego, lepiej od razu szukać czegoś porządnego.

Ale gdy pojawiło się pytanie, że niedługo idę na urlop macierzyński i musimy z czegoś żyć, mąż w końcu wstał z kanapy. Znalazł pracę w ciągu tygodnia. Płacili niewiele, ale to już było coś.

– To tylko na początek, później znajdę coś lepszego – tłumaczył się mąż, a ja mu wierzyłam.

Na urlopie macierzyńskim byłoby ciężko, gdyby nie pomoc moich rodziców. Pieniędzy, które zarabiał mąż, w ogóle nam nie wystarczało. Mąż nie zmienił pracy, zostając na tej, która miała być “na początek”. W międzyczasie pomagał swojej mamie i siostrze.

Nie wiem, jak byśmy sobie poradzili, gdyby nie moi rodzice. Przed narodzinami wnuka kupili nam wszystko, co było potrzebne, a mój tata sam urządził pokój dziecięcy, bo w tym czasie mąż tapetował kuchnię u swojej mamy, która nie znalazła innego terminu na remont. Prawie nie widywałam męża, który ciągle pomagał to mamie, to siostrze.

Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy. Myślałam, że teraz nam wystarczy. Ale się myliłam. Gdy tylko zaczęłam pracować, mąż znów usiadł w domu. Powiedział, że go zwolnili, ale jestem prawie pewna, że odszedł sam. Oczywiście od razu zaczęły się obietnice znalezienia pracy i nie siedzenia w domu, ale mijały tygodnie, a pracy dla męża wciąż nie było.

Niedawno usiadłam, pomyślałam i doszłam do wniosku, że nadszedł czas na rozwód. Miłości nie ma, poczucia wsparcia także nie, a problemów mamy aż nadto. Powiedziałam mężowi o swojej decyzji, on się zasmucił, a potem z obrażoną miną spakował torbę i poszedł do mamy.

Moi rodzice poparli decyzję o rozwodzie, powiedzieli, że cieszą się z mojego przejrzenia na oczy i obiecali, że będą mnie wspierać. Ale teściowa wcale się nie cieszy. Syn wrócił do niej na stałe, a ona ma teraz problem, bo córka planuje ślub i wszyscy razem w jednym mieszkaniu się nie zmieszczą.

Teściowa postanowiła rozwiązać swoje problemy mieszkaniowe moim kosztem. Powiedziała, że powinnam przepisać na męża połowę swojego mieszkania. Argumentem było to, że utrzymywał mnie, gdy byłam na urlopie macierzyńskim.

A dlaczego miałabym przepisywać część mieszkania, z którym mąż nie ma nic wspólnego? Przecież podczas urlopu macierzyńskiego głównie moi rodzice nas wspierali, a mąż pomagał swojej mamie i siostrze.

Powiedziałam im, że nie mam zamiaru niczego przepisywać i niech sami rozwiązują swoje problemy mieszkaniowe. Chcę jak najszybciej się rozwieść i przestać słyszeć o tej rodzinie.