Z mężem jesteśmy w małżeństwie już 3 lata i mieszkamy w jego mieszkaniu. Jeszcze przed ślubem uzgodniliśmy z Andrzejem, że wszystkie wydatki będziemy dzielić na pół i będziemy razem wkładać się w budżet rodzinny. Wszystko było dobrze, żyliśmy szczęśliwie, aż do czasu, gdy odwiedzili nas nasi znajomi

Może nie każdy to zrozumie, ale mamy z mężem jedno bardzo istotne zasady – dopóki nie mamy dzieci, za wszystko płacimy po połowie, aby oboje wkładać się w codzienne życie. Uważaliśmy, że tak będzie sprawiedliwie.

Dotyczy to także wszystkich codziennych spraw – mamy prosty grafik, kiedy kto idzie do sklepu, gotuje lub robi generalne porządki w mieszkaniu. Wszystko sprawiedliwie. Na wspólne wydatki rodzinne mamy osobną kopertę, do której z mężem co miesiąc wkładamy określoną sumę.

Mamy także skarbonkę na wakacje i wspólne rozrywki. Oboje z Andrzejem jesteśmy zadowoleni z takiego prowadzenia budżetu rodzinnego, ponieważ nie jestem z tych kobiet, które lubią poświęcać swoje życie na rozwiązywanie codziennych problemów – prać, gotować, sprzątać dla całej rodziny, a także samodzielnie wychowywać dzieci, podczas gdy mąż tylko pracuje i w domu je gotowe posiłki oraz odpoczywa.

Tym bardziej że większość kobiet, które żyją według tego samego życiowego zasadniczego, najczęściej pracuje na równi z mężczyznami. Tylko ich mężowie po dniu pracy odpoczywają przed telewizorem, a żony muszą pracować w drugiej zmianie do późnej nocy i to zupełnie za darmo.

Mieszkamy z Andrzejem w jego własnym mieszkaniu. Jeśli chodzi o mieszkanie, od razu ustaliliśmy, że będę opłacać trochę więcej niż połowę za media i więcej żadnych pretensji do mnie nie będzie miał.

Ale niedawno odwiedzili nas nasi znajomi i trochę nas zawstydzili z powodu starego remontu. Znajomi powiedzieli, że pewnie ostatni raz coś było tu robione z dziesięć lat temu, jeśli nie więcej.

Było mi przykro to słyszeć, ale nie zwróciłam na to szczególnej uwagi. Nie spędzam teraz tyle czasu w domu, żeby chciało mi się patrzeć na nowe, jasne tapety i lampy w kuchni, ale Andrzej się trochę obraził i wziął te słowa do siebie.

Mąż już od kilku tygodni chodzi z niezadowolonym nastrojem i powtarza, że nie podoba mu się mieszkanie w obdrapanym mieszkaniu bez remontu, i że czas na remont. Kiedy mu odpowiadam: „Rób, jeśli tak ci się chce teraz”, zaczyna ze mną dyskutować, że niby ja tu też mieszkam na gotowe, a nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

Jestem gotowa opłacać nasze wspólne wydatki na pół, ale nie chcę robić remontu w jego mieszkaniu i nie zamierzam w ogóle – jeszcze czego mi teraz brakuje. Andrzej tak się zainspirował tym pomysłem, że nawet już zdecydował, co trzeba zrobić i policzył koszty na wszystko.

Oczywiście nie mam nic przeciwko tej idei, ale nie chcę wydawać swoich pieniędzy i koniec. Nie możemy znaleźć kompromisu i zdecydować, kto powinien wszystko opłacić na ten remont. Andrzej namawia mnie na wzięcie kredytu i podzielenie wszystkiego na pół.

Z jednej strony, szczerze mówiąc, rozumiem mojego męża, ale też nie chcę wkładać się w coś, co należy mu się tylko jemu samemu – na razie. Jestem gotowa pomóc fizycznie, ale Andrzej chce zatrudnić fachowców, aby wszystko było zrobione profesjonalnie i pięknie, aby znajomi to docenili.

Jestem bardzo zdziwiona jego decyzją. Nie mamy teraz pieniędzy na dodatkowe wydatki, a i tak tego nie planowaliśmy. Jestem bardzo zaniepokojona decyzją męża. Dlaczego większość ludzi robi coś dla kogoś, a nie dla siebie? Wszystko nam pasowało, Andrzej nigdy nie mówił o remoncie. Teraz mój mąż jest gotowy wziąć duży kredyt, aby zrobić remont nie dla nas, ale dla znajomych, żeby im się podobało. Czy to normalne przejmować się tym, co powiedzą inni?