Zapytałam swoją 70-letnią koleżankę, jak sobie radzi, skoro nie ma męża, a dzieci jej nie odwiedzają. I żal mi jej i jakby sama we wszystkim winna
Kiedyś pracowałyśmy razem, ale dla Teresy nadszedł czas przejść na emeryturę, a ja właśnie przyszłam na jej stanowisko. Nie obraziła się. I długo jeszcze pomagała mi zaznajomić się z miejscem pracy. Często do niej zaglądałam, tak się przyjaźnimy już wiele lat. Niezbyt blisko, ale dzwonimy do siebie, prawda, odwiedziny już dawno przestały.
Ostatnio zaczęły się u niej problemy ze zdrowiem. Rozumiem, jest jej samotnie, staram się ją jakoś rozweselić, ale przecież nie jestem najbliższą osobą, co mogę? Nie wyjdzie mi zabawiać ją całą dobę, a jej smutno.
Pewnego razu przyszłam do niej po pracy. Potem jeszcze raz z cukierkami do herbaty. I Teresa rozjaśniła się, nawet wysłała mnie po zakupy. I znowu zaprosiła do siebie, zaproponowała wspólne przygotowanie ciasta. Zgodziłam się z radością, chciałam dowiedzieć się, dlaczego tak się stało, że jest samotna.
Zapytałam, jak jej się żyje, czym się zajmuje całe dnie. Czy czuje samotność i jak sobie z nią radzi.
Teresa nie ukrywała niczego, szczerze się przyznała: mąż miał kochankę, poszedł do niej. Potem się opamiętał, stał pod drzwiami, prosił o wybaczenie. Ale ona nie zobaczyła. Od tego czasu sama.
Dzieci wychowała, wysłała na studia do stolicy. Tam zostali. Mają już dawno rodziny, rosną wnuki, których dawno już nie widziała, nie znają jej jako babci.
Dzieci przyjeżdżają raz do roku w sezonie urlopowym. Ale tylko na zmianę, razem się nie dogadują, zaczynają się kłócić. Więc jeden rok widzi syna, inny córkę. Czasami nie mogą przyjechać, cały rok tak mija.
Najlepsza przyjaciółka już nie żyje, w mieście nie zostało rodziny. I tak jej smutno samej, że aż chce się płakać. Narzeka na sąsiadów, żeby chociaż zauważali, że stara baba żyje. Strasznie mi było jej słuchać.
Było mi jej żal, ale wyglądało na to, że to jej wina. Jak straszy samotność…
