Mam już prawie siedemdziesiąt lat i jestem jedynym żywicielem naszej rodziny
Córka wyszła za mąż w wieku dziewiętnastu lat, choć prosiłam ją, aby przemyślała swoją decyzję i poczekała, ale ona postanowiła inaczej. Jej mąż miał również niewiele lat – dwadzieścia jeden. Młodzi zamieszkali z jego rodzicami. Córka długo tam nie wytrzymała, teściowa codziennie ją pouczała, a mąż nie interweniował.
Przeprowadzili się do mnie. Choć nie podobało mi się takie współżycie, nie było innego wyjścia. Córka była w ciąży, a gdyby wynajmowali mieszkanie, nie starczyłoby na życie, a dla dziecka trzeba było kupić tyle rzeczy. Zaczęliśmy mieszkać razem.
Rzadko widywałam młodych, ponieważ sama rano wychodziłam do pracy, gdy jeszcze spali, a wieczorem ich nie było w domu. Córka mówiła, że pracują, ale wydawało mi się, że gdzieś się bawią, ponieważ nie przybywało im pieniędzy, choć żyli na moim utrzymaniu.
Kiedy córka była już w ósmym miesiącu ciąży, nagle rozwiodła się z mężem. Nikt mi nie podał przyczyny, ale nawet ze sobą nie chcieli rozmawiać.
Do czasu narodzin dziecka nie utrzymywali kontaktu, a potem się pogodzili. Po wyjściu ze szpitala zięć zabrał ją do wynajętego mieszkania. Nie chciałam z nim rozmawiać, ponieważ z jakiegoś powodu nawet mnie nie witał.
Zamieszkali razem. Było u nich krucho z pieniędzmi, oddawałam tam prawie całą pensję, żyłam z emerytury. Czekałam, kiedy zięć zacznie utrzymywać rodzinę, ale on się nie spieszył. Córce już nic nie mówiłam, bo na każde moje słowo reagowała płaczem. Przeżyli razem pół roku, aż córka wróciła do mnie z wnuczką i walizką.
Powiedziała, że do niego już nie wróci. Zięć kilka razy przychodził, by się z nią pogodzić, ale nie wpuściłam go do domu, nie miał tu czego szukać. Córka również nie chciała z nim rozmawiać. Potem przestał przychodzić, a po rozwodzie i przyznaniu alimentów całkowicie zniknął, jakby nigdy go nie było.
Przez rok, który minął od rozwodu, nie przysłał ani grosza na dziecko. Komornicy tylko rozkładają ręce, nie mogą go znaleźć. Więc musimy liczyć tylko na siebie. I tak liczymy. Ja pracuję, córka zajmuje się dzieckiem i domem, czeka, aż dostanie miejsce w przedszkolu.
Jest mi coraz ciężej pracować, ale nie mogę przestać. Nawet gdybym została w domu z wnuczką, córka nie dostanie od razu dobrze płatnej pracy, a nam ledwo starcza mojej pensji. Ale lata robią swoje. Nie jestem już młoda – mam sześćdziesiąt dziewięć lat.
