Jestem mężatką po raz drugi i wcale nie żałuję, że mój pierwszy mąż postanowił uciec od nas z dzieckiem
Pierwszy raz wyszłam za mąż zaraz po studiach. Młodzi, pełni energii, z Krzysztofem uważaliśmy, że całe życie jest przed nami. Planując troje dzieci, chcieliśmy zarobić na dom na wsi, ale życie miało inne plany.
Długo nie mogłam zajść w ciążę. Kiedy zwróciliśmy się do lekarzy, wyniki badań wykazały, że oboje z mężem musimy poddać się gruntownemu leczeniu, aby mieć dzieci. Zaczęły się niekończące się wizyty w aptekach i przychodniach. Wszystkie procedury i leki kosztowały sporo pieniędzy, więc musieliśmy odłożyć nasze plany na przyszłość.
Jednak po trzech latach osiągnęliśmy cel – zobaczyliśmy upragnione dwie kreski na teście ciążowym, a po dziewięciu miesiącach urodził się nasz Jurek. Krzysztof był bardzo szczęśliwy, że urodził się syn, i na początku wszystko było wspaniale. Niestety, nasz chłopiec był dość chorowity, co oznaczało mało snu i wiele trosk. Byłam pewna, że Jurek przerośnie te trudności i wszystko będzie dobrze. Jednak jego tata szybko się „zmęczył”.
Kiedy Jurek miał około roku, Krzysztof przestał poświęcać mu uwagę. Znudziły go płacze i ciągłe napięcie związane ze stanem zdrowia syna. Zaczął „zostawać dłużej w pracy”. W zasadzie domyślałam się, na jakiej „pracy” mąż się zatrzymywał, ale wciąż miałam nadzieję, że wróci do rodziny i będzie prawdziwym ojcem. Tak się jednak nie stało. Po kilku miesiącach mąż oznajmił, że powinniśmy się rozwieść, bo znalazł sobie inną kobietę. Mimo że psychicznie byłam już przygotowana na jego odejście, to w innych aspektach po rozwodzie było mi bardzo ciężko. Małe dziecko, brak pracy – na szczęście bardzo pomagali moi rodzice. Przez jakiś czas nawet była teściowa odwiedzała mnie raz w tygodniu. Choć nie pochwalała postępku swojego syna, nie potępiała go też zbyt surowo, w końcu to jej krew. Potem te wizyty ustały, a były mąż przypominał o sobie jedynie nieregularnymi alimentami.
Jurek rósł, wkrótce poszedł do przedszkola, a ja znalazłam pracę. Jak to zwykle bywa, podczas adaptacji w przedszkolu często chorował, a ja prawie straciłam pracę przez ciągłe zwolnienia lekarskie. Na szczęście z pomocą przyszli moi rodzice, którzy opiekowali się wnukiem, gdy ten chorował.
Kiedy do naszego zespołu dołączył nowy menedżer, zostałam jego opiekunem podczas stażu. Oczywiście, oprócz pracy, rozmawialiśmy też na tematy osobiste. Władysław również był po rozwodzie, a powodem jego rozstania było kategoryczne niechęć żony do posiadania dzieci. Była żona Władysława identyfikowała się jako osoba „childfree”.
Nasze relacje z Władysławem stopniowo przekształciły się w romantyczne. Najbardziej martwiłam się o to, jak będzie dogadywał się z moim synem, bo gdyby doszło do wyboru między nimi, bez wahania zakończyłabym związek z nowym partnerem. Na szczęście wszystko ułożyło się wspaniale, a Jurek, widząc szczere zainteresowanie Władysława, niespodziewanie zaczął nazywać go tatą.
Biologiczny ojciec Jurka mieszkał ze swoją nową partnerką niedaleko. Spotkałam go kilka razy i, sądząc po wyglądzie, nie powiedziałabym, że Krzysztofowi wiedzie się tak dobrze. Problemy były widoczne w jego oczach, chodzie i ponurym wyrazie twarzy. Gdy mnie zobaczył, z zazdrością powiedział:
— Widzę, że nie tęsknisz, a syn ma „nowego tatę”!
Odpowiedziałam z przekąsem:
— Tak, ma nowego tatę i męża, w przeciwieństwie do ciebie!
Rozmowa przybrała nieoczekiwany obrót, kiedy Krzysztof nagle zaśmiał się:
— Skoro nie jesteś już moją żoną, może zrzeknę się ojcostwa, niech Jurek będzie adoptowany przez twojego nowego!
Wzruszyłam ramionami:
— Wiesz co, to niezły pomysł! I tak nie ma z ciebie pożytku… Kiedy złożysz wniosek? Sama wszystko załatwię.
I tak doprowadziłam byłego męża do notariusza w ciągu trzech dni.
Władysław bardzo się ucieszył z takiego obrotu sprawy. Sformalizowaliśmy nasz związek, a on stał się dla Jurka ojcem nie tylko faktycznie, ale i prawnie. A teraz będzie też ojcem dla małego braciszka Jurka, który ma dopiero trzy miesiące. Jestem pewna, że z Władysławem doczekamy się trzeciego dziecka i zbudujemy dom na wsi! Wszystko, co się dzieje, jest na lepsze.
