Mąż uważa, że wyglądam staro i chce, żebym poszła do chirurga plastycznego, a moja mama nie widzi w tym nic złego…

Z Markiem pobraliśmy się zaraz po studiach. Mieliśmy różne specjalizacje i poszliśmy do pracy w różnych firmach. Ja zostałam ekonomistką, a mój młody mąż – menedżerem. Był zdecydowany i chciał zrobić karierę. Jego marzeniem było zostać członkiem zarządu dużej firmy. Dla dwudziestotrzylatka, świeżo po studiach, było to marzenie raczej nierealne, ale Marek zapewniał mnie, że tak się stanie, trzeba tylko poczekać. I czekałam.

Czekałam i narzekałam, że mam stare dżinsy, znoszoną kurtkę, wytarte buty, podczas gdy Marek zawsze ubierał się jak spod igły. Mówił, że w pracy musi wyglądać nienagannie, a wydatki na jego garnitury, krawaty, koszule i buty szybko się zwrócą. Oprócz garderoby miał też inne kosztowne rzeczy – zegarki, długopisy „Parker”, używał dobrych perfum, słowem, przygotowywał się do członkostwa w zarządzie…

Jakby nie było, po siedmiu latach kariera mojego męża zaczęła się rozwijać. Najpierw został starszym menedżerem, a potem objął stanowisko kierownika działu marketingu. Do jego wymarzonej pozycji w zarządzie pozostał już tylko krok. Uczestniczył już w posiedzeniach zarządu, stał się „wtajemniczonym” i bardzo się tym szczycił.

Nie zapomniał też o swoich obietnicach. Gdy objął stanowisko kierownika działu, następnego dnia zabrał mnie do prestiżowego butiku i powiedział, żebym wybrała sobie wszystko, co mi się podoba. Byłam wtedy zdezorientowana, gdyby nie taktowna pomoc sprzedawczyni, pewnie uciekłabym ze sklepu, bo nie wiedziałam, od czego zacząć i jak wybierać w tym królestwie błyszczących markowych ubrań.

Czas mijał, przyzwyczaiłam się do tego, że mogę sobie pozwolić na to, co mi się podoba i co dopiero pojawiło się na okładkach magazynów. Mąż nawet nalegał, żebym regularnie odświeżała swoją garderobę, ponieważ na firmowych imprezach żony były oceniane pod względem urody i pojawienie się w tej samej sukience dwa razy było uważane za zły ton.

Marek pewnie zarządzał działem, miał dobrą reputację u dyrektora generalnego, ale zauważyłam, że na firmowe imprezy zabierał mnie tylko dwa razy w roku, na Nowy Rok i 8 marca, choć wcześniej było wiele okazji do wspólnych wyjść. Zapytałam go, dlaczego tak się dzieje, i usłyszałam niezbyt przekonujące wyjaśnienie, że teraz zbierają się raczej bez żon, dlatego mnie nie zaprasza. Musiałam zadowolić się tym wyjaśnieniem, choć podświadomie czułam, że chodzi o coś innego.

Sytuacja wyjaśniła się przypadkowo. Mąż zaprosił do nas kolegę, przygotowałam stół, najpierw siedzieliśmy we trójkę, potem zaczęli rozmawiać o pracy, więc poszłam wyprowadzić psa, żeby im nie przeszkadzać.

Spacerowaliśmy z naszym psem dwie godziny, a kiedy wróciliśmy, myślałam, że gość już poszedł, ale nie – oni nadal siedzieli przy stole, sądząc po rozmowie, byli dość pijani i mówili już nie o pracy, ale o mnie.

Podsłuchiwanie może nie jest właściwe, ale jeszcze gorsze jest omawianie kogoś, zwłaszcza swojej żony, z innymi, bez jej obecności. Z rozmów męża dowiedziałam się prawdziwego powodu, dla którego nie zabierał mnie na firmowe imprezy. To, co usłyszałam, zszokowało mnie:

— Nie mogę jej zabierać, czy nie widzisz, jak moja żona wygląda? Choćby w co się ubrała, wygląda jak „wieśniaczka”, przeszliśmy wszystkie sklepy w mieście, szafa pęka, a efektu brak! Nawet nie potrafi nosić tych ubrań, wygląda w nich jak starucha! Może zapisać ją na operację plastyczną?

Kolega próbował przekonać męża, że przesadza, ale bezskutecznie. Marek był zafiksowany na „wieśniaczce”, „staruszce” i potrzebie operacji plastycznej…

Dalej już nie słuchałam. Poszłam do sypialni, zgarnęłam ubrania z szafy i zawinęłam je w prześcieradło, a potem wyniosłam je do kontenera na śmieci. Wracając z drugiej „wycieczki” natknęłam się na męża i jego kolegę. Marek zdziwiony zapytał:

— Skąd wracasz?

— Ze śmietnika, wyrzucałam te markowe graty, skoro i tak wyglądam w nich jak wieśniaczka, po co trzymać?

Kolega, widząc, że nadchodzi rodzinny konflikt, szybko się ulotnił. Po jego wyjściu mąż próbował mnie przeprosić, ale byłam tak zraniona, że nawet nie słyszałam, co mówił. Po prostu poszłam do salonu i zasnęłam tam z psem, który liżąc mnie w policzek, wyraził swoje współczucie.

Następnego dnia pojechałam do mamy i opowiedziałam jej, co się stało. I co myślicie? Mama, zamiast mnie wesprzeć i przynajmniej zrugać zięcia, zapytała, dlaczego wyrzuciłam tyle drogich rzeczy, a co do operacji plastycznej stwierdziła, że nie widzi w tym nic złego, bo mąż się stara, a ja kapryszę!

Nie miałam z kim więcej omówić problemu, więc wróciłam do domu z niczym.

Teraz między mną a mężem panuje „zimna wojna”. Próbuję mnie przeprosić, ale myśli o rozwodzie nie dają mi spokoju. Może i powiedział za dużo pod wpływem alkoholu, ale co jest w głowie na trzeźwo, to język wyraża po pijanemu. Jeśli uważa mnie za taką brzydulę, że wstydzi się siedzieć ze mną przy stole przed kolegami, to po co mi taki mąż?