Mój mąż nigdy nie potrafił stać się ojcem dla przybranej córki

Władysław i Sylwia zostali małżeństwem, gdy mieli po dwadzieścia lat. Byli wtedy jeszcze studentami i nie przejmowali się tym, że mimo braku jakichkolwiek zabezpieczeń Sylwia nie zachodziła w ciążę. Wręcz przeciwnie, cieszyli się, że mogą nadal prowadzić swoje dotychczasowe życie. Oczywiście, nie planowali życia bez dzieci, ale zakładali, że to się stanie, kiedy przyjdzie odpowiedni moment.

Po ukończeniu studiów znaleźli pracę w dobrej firmie. Wszystko układało się świetnie – pensje były dobre, perspektywy na awans obiecujące, a firma wspierała młodych pracowników, biorąc na siebie koszty kredytu hipotecznego. Jednak po dwóch latach zaczęli się zastanawiać, dlaczego nadal nie zostali rodzicami.

Zaczęły się wizyty u lekarzy, masa badań, ale rezultaty nie przynosiły żadnych odpowiedzi. W końcu zdecydowali się na in vitro. Próba zakończyła się niepowodzeniem. Potem były kolejne dwie, które również nie przyniosły sukcesu, aż Sylwia straciła nadzieję:

— Władek, chyba nic z tego nie będzie…

Mąż starał się ją pocieszać, choć sam miał coraz mniej wiary w możliwość zajścia w ciążę. Spróbowali jeszcze raz, znów bez skutku.

Pewnego wieczoru podczas kolacji Sylwia nieśmiało zapytała:

— Władku, co byś powiedział na to, żebyśmy adoptowali dziecko z domu dziecka? Możemy komuś dać szczęście, a nasz dom z dzieckiem na pewno się odmieni, jestem tego pewna!

Władysław uśmiechnął się:

— Nie mam nic przeciwko. Masz już może jakieś konkretne dziecko na myśli?

Żona rzuciła mu się na szyję:

— Nie, bez ciebie niczego bym nie wybierała. Tylko razem!

Wspólne poszukiwania zaprowadziły ich do jednego z domów dziecka, gdzie w gabinecie dyrektorki wybrali kartę Nastki – dwuletniej dziewczynki z nieufnym spojrzeniem. Dyrektorka ostrzegła:

— Nastka jest spokojna i posłuszna, ale ma opóźnienia w rozwoju. Będziecie musieli z nią pracować, żeby dogoniła rówieśników. Jej zdrowie też wymaga uwagi, choć nie jest to krytyczne.

Przyszli rodzice optymistycznie patrzyli na te trudności i po zapoznaniu się z Nastką oraz załatwieniu wszystkich formalności, zabrali przybraną córkę do domu.

Podczas biegania po różnych urzędach i komisjach, które trwało prawie trzy miesiące, przybrani rodzice codziennie odwiedzali Nastkę w domu dziecka. Dzięki temu, gdy już przyjechała do domu, wiedzieli, czym dokładnie się zająć. Dziewczynka rzeczywiście odstawała od rówieśników, więc Sylwia z zaangażowaniem poświęciła się pracy z nią.

Na początku Władysław także starał się pomagać i uczestniczyć w układaniu klocków, puzzli oraz zabawach lalkami, ale szybko mu się to znudziło i coraz bardziej wycofywał się z tych “zajęć”. Natomiast Sylwia coraz bardziej przywiązywała się do dziecka, a dziewczynka odpowiadała jej taką samą miłością. W małym serduszku Nastki rodziło się zrozumienie, że tata nie chce się z nią bawić, co sprawiało, że jeszcze bardziej przywiązywała się do Sylwii.

Kiedy Sylwia odkryła, że Nastka uwielbia rysować, dom wypełnił się kredkami, flamastrami i farbami. Dziewczynka szczególnie upodobała sobie farby do malowania palcami.

Pewnego dnia Władysław wrócił z pracy. Sylwia i Nastka powitały go i zaprowadziły do kąta w pokoju dziecinnym, gdzie dziewczynka namalowała słońce, rzekę i drzewa. Obok był mały zajączek. Nastka z iskrzącymi się oczami patrzyła na tatę, czekając na pochwałę, ale Władysław zareagował inaczej:

— I co teraz, będziemy musieli wymieniać tapety?..

Nastka rozpłakała się, Sylwia rzuciła się ją pocieszać, a wieczorem, gdy córka spała, postanowiła poważnie porozmawiać z mężem. Rozmowa była nieunikniona, Władysław nie był zadowolony, że żona poświęca cały swój czas Nastce, zaniedbując jego.

Bez usprawiedliwiania się, Władysław wyznał:

— Przepraszam, ale nie czuję się ojcem, zwłaszcza widząc ciebie. Może to głupie, ale zazdroszczę dziecku, stałem się dla ciebie nieważny. Dowiadywałem się, można oddać przybrane dziecko. Myślę, że to najlepsze wyjście, przecież wcześniej było nam dobrze we dwoje.

Sylwia słuchała i nie mogła uwierzyć, że to mówi jej mąż. Potem, zrozumiawszy, że to nie żart, odpowiedziała:

— Tak, masz rację, we dwoje było dobrze, ale kluczowe słowo to “było”. Teraz jest Nastka, to moja córka. Jeśli my z nią nie jesteśmy dla ciebie ważni i stawiasz mnie przed wyborem, złożę pozew o rozwód. Sprawdź u swoich prawników, czy można unieważnić ojcostwo, żebyś nie musiał płacić alimentów.

Wkrótce się rozstali. Władysław rzeczywiście unieważnił ojcostwo, wykazując tym swoją nieuczciwość, a Sylwia z Nastką zostały same.

Zasypiały razem, a przed snem mama zawsze opowiadała córce bajkę. Nastka już dobrze mówiła, była marzycielką i miała dobre serce. Choć nie zareagowała na odejście Władysława, podświadomie czuła, że w ich życiu powinien być tata. Widziała na ulicy szczęśliwe rodziny, jak dzieci szły, trzymając się za ręce z obojgiem rodziców, i chciała tego samego. Dlatego jej ulubioną bajką była ta, którą wymyśliła Sylwia, o tym, jak odważny królewicz uratował od samotności piękną księżniczkę, uwięzioną przez złego czarodzieja, zabrał ją na swoim koniu do królowej, która straciła króla, i razem zaczęli żyć szczęśliwie. Z każdym razem bajka zyskiwała nowe szczegóły, a Nastka często sama wymyślała coś ciekawego. Pewnego dnia niespodziewanie zapytała:

— Mamo, a mnie królewicz też znajdzie?

Sylwia pogładziła córkę po głowie:

— Oczywiście, że cię znajdzie, i mnie też, wszystko będzie dobrze, jak w bajce!

Rok później Sylwia wyszła za mąż za Michała, wspaniałego człowieka, który naprawdę stał się ojcem dla Nastki. To, że tak się stanie, było jasne już przy ich pierwszym spotkaniu. Nastka, widząc, że mama odbiera ją z przedszkola razem z jakimś panem, pobiegła do niego z radością:

— Hurra! Znalazłeś mnie!