Teściowa miała specjalną kandydatkę na żonę dla swojego syna. On postąpił wbrew jej woli, a winę za to zrzuciła na mnie
Czułam się częścią najszczęśliwszej rodziny na świecie. Z Andrzejem byliśmy już ponad 15 lat. Nie mieliśmy dzieci przez 10 lat, ale nie traciliśmy nadziei. I Bóg obdarzył nas dwójką – syn ma już cztery lata, a córka dwa.
Zajmowałam się dziećmi w domu, dbając o ich rozwój i wychowanie. Moi rodzice i teściowa mieszkali daleko od nas, więc nie mogłam na nich liczyć.
Moja mama pracowała, a relacje z teściową były bardzo napięte od samego początku, kiedy Andrzej przyprowadził mnie do domu. Miała swoją wybraną kandydatkę na żonę dla swojego syna. On postąpił wbrew jej woli, a winę za to zrzuciła na mnie.
Andrzej pracował jako dyrektor firmy budowlanej, mieliśmy wystarczająco dużo pieniędzy, nawet z nadwyżką. Ale nie chcieliśmy zmieniać miejsca zamieszkania, przywiązaliśmy się do tego domu całym sercem.
Wszystko wydarzyło się w jednej chwili. Spacerowałam z dziećmi na placu zabaw. Kiedy się wybawiły, poszliśmy do domu. Co zobaczyłam? Kiedy nas nie było, Andrzej zabrał wszystkie swoje rzeczy. Na stole leżała kartka: „Nie szukaj mnie, wiem, że poradzisz sobie sama…”
Nie rozumiałam, co się dzieje. Nie odbierał moich telefonów. Modliłam się do Boga, żeby nic mu się nie stało, żeby był żywy i zdrowy.
Zadzwoniłam do teściowej, może ona coś wie, ale usłyszałam:
– A czego się spodziewałaś? Sama jesteś winna!
W czym? Co zrobiłam źle? Jak mogłam go obrazić? Czym zawiniły dzieci? Co się stało? Łzy płynęły mi po twarzy, nie było mi żal siebie, tylko dzieci.
Jeden za drugim zaczynał się nowy dzień. Dzieciom trzeba było gotować jedzenie, prać ubrania. Trzeba było się z nimi bawić, zajmować… Dzięki nim powoli zaczęłam wychodzić z tego transu. Nie mieliśmy w ogóle pieniędzy.
Przypomniałam sobie o swojej dawno zapomnianej pracy, pisaniu prac dyplomowych na zamówienie, którą dobrze dorabiałam w młodości. Pieniędzy było trochę, ale nie wystarczało na wszystkie potrzeby dzieci, do których były przyzwyczajone. Powoli przetrwaliśmy pół roku.
Późny wieczór, dzwonek do drzwi. Pomyślałam, że to Andrzej wrócił. Ale w drzwiach stała teściowa… Zaprosiłam ją do środka…
Prosiła o wybaczenie za to, jak mnie traktowała przez te wszystkie lata. Jej duma nie pozwalała jej mnie zaakceptować, bo syn jej nie posłuchał.
Od niej dowiedziałam się, że Andrzej odszedł do młodej kobiety, która zrobiła wszystko, żeby zbankrutował. Tak, że nawet szkoda składać pozew o alimenty.
Teściowa wzięła mnie za ręce:
– Córko, nie wyrzucaj mnie, pozwól mi zostać z tobą i wnukami. Chcę nadrobić to ciepło, którego wam nie dałam. Pozwól mi naprawić swoje winy.
Obie płakałyśmy, czy to z żalu za stracony czas, czy z radości, że teraz jesteśmy razem.
Minęło już pięć lat. Prowadzę dochodowy biznes. Ale staram się spędzać jak najwięcej czasu z rodziną: z dziećmi i teściową.
Bardzo mi pomaga, zajmuje się całym gospodarstwem domowym, odprowadza dzieci do szkoły i je odbiera. Wychowaniem zajmujemy się razem, wspierając się nawzajem.
