— Jakie masz prawo liczyć moje pieniądze? — krzyczał mąż, który zaczął potajemnie wpłacać duże sumy na gry
Kiedy mój mąż przeszedł na nową pracę, wieczorami, przy kolacji, śmiał się, opowiadając o swoich kolegach, którzy z zapałem omawiali w każdej wolnej chwili grę w czołgi.
Rozmawiali na poważnie o taktykach bitew czołgowych, amunicji, rodzajach aktywnej ochrony, ekonomiczności i zabezpieczeniach silników, słowem – o wszystkim, co dotyczyło animowanych czołgów. Kiedy jeden z „czołgistów” kupił nową konsolę właśnie do tej gry, do której można było dołączyć nawet odświeżacze powietrza z zapachami prochu, ropy i innych „świeżości”, pozostali prawie umarli z zazdrości, aż w pierwszą wypłatę kupili sobie takie same dodatki do komputerów. Dorośli mężczyźni grali drużynami, pluton na pluton, kompania na kompanię, mieli swoich dowódców, mechaników-kierowców, celowniczych… Temat nie miał końca i przez jakiś czas nie dotykał mojego męża.
Ale stopniowo zaczął rozumieć, że nie ma o czym rozmawiać z kolegami, trzeba było albo składać obliczenia, albo milcząco słuchać podczas przerw o czołgowych „bitwach”. I postanowił dołączyć do tej sekty…
Oczywiście, koledzy od razu podchwycili go pod ręce i zaopatrzyli we wszystkie niezbędne informacje dla nowicjusza. Do nas do domu przyjechało dwóch „guru”, zainstalowali mężowi na komputerze te przeklęte czołgi i zaczęło się! Przez kilka wieczorów mąż uczył się niuansów gry pod okiem tychże „guru”. Wszystko działo się bardzo emocjonalnie, gdybym nie wiedziała, że to tylko gra, słysząc ich wrzaski, pomyślałabym, że naprawdę toczy się bitwa na skalę Prochorowki.
Od tego czasu widziałam twarz męża coraz mniej i mniej. Pośpiesznie zjadłszy kolację (a czasem i bez kolacji), siadał przed monitorem, zakładał słuchawki i zanurzał się w wirtualnym świecie. Dotykanie go i odciąganie w czasie gry było surowo zabronione, nie daj Boże rozproszyć go i spowodować, że nie trafi!
W ciągu tygodnia, może dziesięciu dni, mój mąż po prostu się zmienił, przy stole, nawet jeśli był obecny, to duchem gdzieś daleko, a wszystkie rozmowy przez telefon sprowadzały się teraz do omawiania modernizacji czołgów i ich uzbrojenia.
Ale najgorsze było dopiero przed nami. Trzy miesiące po „służbie” w czołgowych wojskach znalazłam moment, co nie było łatwe, i poprosiłam męża, żeby przelał pieniądze na rachunki za media. Spochmurniał i niechętnie burknął:
— W przyszłym miesiącu, skończyły się pieniądze…
Zdziwiona zapytałam:
— Jak to? Zawsze płaciłeś, a wczoraj była wypłata…
Mąż niezbyt pewnie odpowiedział:
— Musiałem… na czołgi…
Słowo po słowie, wydobyłam z niego całą prawdę – okazało się, że w tym czołgowym oszustwie modernizacja ich rysunkowego złomu nie jest za darmo, a za prawdziwe pieniądze. I jest mnóstwo chętnych, żeby „kupić” sobie czołg z lepszym pancerzem, dodatkowym bakiem, większym zapasem amunicji itp. Wśród tych, którzy dali się naciągnąć twórcom tego rodzinnego koszmaru, był także mój mąż.
Na moje oburzenie zareagował gwałtownie:
— Zarobiłem je, mam prawo wydawać i nie muszę się tłumaczyć! Koniec tematu!
Potem, jakby chcąc nieco złagodzić swoje chamstwo, dodał:
— Wszyscy nasi w to inwestują, inaczej przepadniesz w pierwszej bitwie!
Zrozumiałam, że dalsza rozmowa jest bezcelowa, poszłam do kuchni i „nalałam” sobie uspokajacza – 50 gramów koniaku. Kiedy alkohol zaczął działać, poważnie zastanowiłam się, po co mi taki mąż, który będzie wydawał wypłatę na ulepszanie swojego czołgu, podczas gdy ja będę chodzić w starych butach? I na horyzoncie, jeszcze daleko, pojawiło się słowo „rozwód”.
Spróbuję jeszcze porozmawiać z mężem i odciągnąć go od monitora, a jeśli się nie uda, to drogę do sądu znam…
