Teściowa nie potrafi gotować, a winą za to obarcza mnie
Moja teściowa w wieku pięćdziesięciu pięciu lat nadal nie nauczyła się gotować najprostszych, „domowych” potraw, nie mówiąc już o jakichś wykwintnych daniach na świąteczny stół. Na początku tego nie wiedziałam, więc dziwiłam się, że mój przyszły mąż, gdy zostawał u mnie, z takim apetytem pochłaniał wszystko, co postawiłam na stole. Myślałam, że to dlatego, że „ciężko pracował” i potrzebował energii, dlatego tak dużo je.
Kiedy ustaliliśmy nasze relacje i na horyzoncie pojawił się ślub, Tomek postanowił przedstawić mnie swoim rodzicom jako swoją narzeczoną. Spotkanie miało miejsce na tak zwanym uroczystym obiedzie. „Tak zwanym” – ponieważ wszystkie dania na tym obiedzie były po prostu niejadalne. Albo przesolone, albo niedogotowane, albo miały inne „niedoskonałości”. Z tego, co wtedy przygotowała teściowa, wzięłam tylko kawałek wędliny, a parę łyżek sałatki i jeszcze coś innego zostało nietknięte. Katarzyna Borowska, moja przyszła teściowa, zauważyła to i zapytała, dlaczego nie jem jej „specjalnych” gołąbków, kurczaka itp. Musiałam skłamać, że źle się czuję, żołądek mi dokucza i tak dalej. Prawdopodobnie już wtedy zrozumiała, że jej jedzenie mi nie smakuje, ale nie chciała zaogniać sytuacji.
Nadszedł szczęśliwy moment. Zostaliśmy mężem i żoną. Wesele odbyło się w restauracji, gdzie szef kuchni postarał się i wszystko było w porządku. Mój mąż i teść, siedzący niedaleko, bardzo aktywnie nakładali sobie jedzenie, jakby nie jedli od trzech dni. Domyślałam się, dlaczego, ale nie komentowałam. A teściowa siedziała z miną, jakby ktoś zabrał jej palmę pierwszeństwa i bardzo ją uraził. W duchu uśmiechałam się z jej zazdrości o kuchnię restauracyjną. Wesele się udało, a ja wtopiłam się w dużą rodzinę mojego męża. Jego krewni przyjęli mnie dobrze, a w trakcie spotkań dowiedziałam się, że w ich rodzinie główne święta obchodzą przy dużym rodzinnym stole. Wielu miało swoje domy i rodzina z góry ustalała, do kogo jechać i co przywieźć z jedzenia. Gospodynie przygotowywały potrawy na wspólny stół, aby odciążyć stronę przyjmującą. Teraz miałam uczestniczyć w tym procesie. W zasadzie nie było w tym nic strasznego, przygotowanie kilku potraw nie stanowiło dla mnie żadnego problemu.
I oto nadszedł pierwszy taki obiad, na którym pojawiły się mój grecki sałatka i faszerowana ryba. Oczywiście, bardzo się starałam, to był swego rodzaju egzamin, choć nikt nie mówił tego głośno, było widać, że chcieli ocenić moje umiejętności kulinarne. Wszyscy od razu sięgnęli po sałatkę i rybę, a po spróbowaniu zaczęli składać komplementy.
Trzeba było zobaczyć wyraz twarzy teściowej. Był dokładnie taki sam jak na weselu. Potem Katarzyna Borowska opanowała swoje emocje i zaczęła proponować to, co sama przygotowała. Ale natknęła się na uprzejme ignorowanie „poczęstunku”, widocznie goście i gospodarze wiedzieli, jak „smaczne” są jej potrawy. Krótko mówiąc, święto dla teściowej było zepsute, a winna byłam ja, bo po co tak dobrze gotowałam?!
Od tego czasu tak się działo. Teściowa, jak się starała, na podobnych obiadach nie zdobywała popularności swoimi potrawami, większość zostawała na stole i nie wiem, co potem z nimi robili. Moje dania znikały błyskawicznie, z entuzjastycznymi komentarzami i żalem, że jest ich za mało…
W końcu teściowa wyraziła swoje niezadowolenie, ale nie mnie, tylko mężowi. Po rozmowie z mamą przyszedł do domu zdezorientowany i przepraszającym tonem powiedział, że teściowej nie podoba się, że wszyscy wolą moje potrawy. Zapytałam, czy jemu samemu smakują dania jego mamy, na co mąż, wzdychając, rozłożył ręce:
— Zawsze tak gotowała…
Ustaliliśmy, że na następny obiad nic nie przygotuję. Tak też zrobiliśmy. Mąż jako przedstawiciel naszej rodziny uprzedził, że nie zdążę nic zrobić, bo jestem przeciążona pracą i przyjadę prosto z pracy (znowu musiałam skłamać).
Ale ten nasz podstęp nie przyniósł nic dobrego. Goście, widząc, że przyszłam z pustymi rękami, zaczęli rozczarowani narzekać i wspominać potrawy, które przynosiłam wcześniej. A teściowa po prostu zzieleniała i cały obiad siedziała jak na pogrzebie.
Następnego dnia znowu zaczęła wyżywać się na synu, że to ja specjalnie urządziłam taki demonstracyjny gest, żeby się wyróżnić i poniżyć jej „umiejętności” kulinarne.
Teraz nie wiem, co robić – gotować dalej czy znowu „poniżać” teściową. Mąż też jest w kropce. Będziemy myśleć…
