Rozwiedliśmy się. Mąż teraz mieszka u swoich rodziców. Płaci nam tylko nędzne alimenty i uważa, że to wystarczy. Boi się, że kupię sobie za jego pieniądze zbędną spódnicę. Pewnego razu przypadkowo spotkałam go na ulicy. Byłam ładnie ubrana, wyglądałam świetnie. A on idzie w tych samych spodniach, które kupowaliśmy jeszcze razem, i tak złośliwie pyta mnie, czy w końcu jestem szczęśliwa

– Po co ci ta spódnica, Anno? Masz przecież pełną szafę rzeczy, których nie nosisz – mówił mi mąż.

Andrzejowi nie podobało się, że wydaję pieniądze na nowe ubrania. Uważał, że jeśli jest jedna para butów sportowych, jedne dżinsy i do tego jedna koszulka – to życie jest udane i nic więcej nie potrzeba.

Przed ślubem miałam dużo ubrań, ale odkąd wyszłam za mąż, prawie nic sobie nie kupuję. „Nie potrzebujesz, masz już wszystko…”, „Nie potrzebujesz, i tak jesteś piękna…”, „Nie potrzebujesz, przecież siedzisz na urlopie macierzyńskim i nie wychodzisz z domu…”, to standardowe frazy, które słyszałam od męża, kiedy tylko zaczynałam rozmowę o tym, że chciałabym sobie coś nowego kupić.

Wychodziłam za mąż z miłości, o pieniądzach czy innych wartościach materialnych nawet nie myślałam. Nawet nie przypuszczałam, że pieniądze mogą odgrywać tak ważną rolę w naszej rodzinie. Ale to właśnie z ich powodu najczęściej dochodziło między nami do kłótni.

Teraz mam 35 lat. Mogę sobie pozwolić kupić wszystko, czego chcę, ponieważ mieszkam sama i sama zarządzam swoim budżetem. Rozwiodłam się z mężem i wcale tego nie żałuję, bo w pewnym momencie po prostu znudziło mi się żyć według jego zasad.

Moja córka ukończyła trzecią klasę. Były mąż rzadko nas odwiedza i dziecko stopniowo o nim zapomina. Ja też staram się nie wspominać, bo nie czułam się szczęśliwa w małżeństwie.

Tworząc rodzinę, zaczęliśmy żyć powoli. Ale potem mąż zaczął mieć problemy w pracy. Wynagrodzenie ciągle mu obniżali. Ja pracowałam jako pielęgniarka na stałym etacie i jakoś razem dawaliśmy radę.

Ale zrobiło się znacznie trudniej, kiedy urodziłam dziecko i poszłam na urlop macierzyński, wtedy oszczędzaliśmy każdy grosz i ciągle byliśmy zadłużeni. Dzięki przyjaciółkom mieliśmy wózek, łóżeczko, ubranka dla dziecka. Gdyby nie one, nie wiem, co byśmy zrobili.

Mąż nadal otrzymywał obniżone wynagrodzenie, za każdym razem niższe. Poza tym zaczął chodzić z przyjaciółmi do kawiarni po pracy, bo twierdził, że jest zmęczony i potrzebuje odpoczynku.

Musiałam szukać pracy w internecie, żeby trochę dorobić. Tego wystarczało na opłacenie rachunków i podstawowe potrzeby dla dziecka.

Tak się kręciłam przez dwa lata. Potem udało mi się zapisać córkę do przedszkola, a sama wróciłam do pracy. Wtedy mąż postanowił, że nie musi pracować. Zrezygnował z pracy, twierdząc, że nie chce ciężko pracować za grosze.

Starałam się zrozumieć jego sytuację i pomóc mu w znalezieniu pracy. Dzięki znajomej dyrektorce przedszkola znalazłam kilka ofert pracy. Ale mąż odrzucił wszystko. Sam też nie szukał pracy. Po prostu leżał na kanapie. Tak żyliśmy za moje pieniądze przez około pół roku.

Potem w końcu znalazł pracę, ale nie chciał wydawać pieniędzy na mnie. Zwłaszcza kiedy chodziło o nowe ubrania dla mnie. Andrzej był stanowczo przeciwko temu, żebym kupowała sobie nowe ubrania czy buty, dopóki miałam jakieś stare opcje. I nie obchodziło go, że chodzę do pracy, między ludzi, i też chcę wyglądać dobrze.

Nawet to bym zniosła, ale z czasem mąż zaczął zabraniać kupowania nowych ubrań dla naszej córki, uważał, że można nosić to, co oddają przyjaciele i znajomi.

W pewnym momencie znudziło mi się to, zrozumiałam, że sama mogę nieźle zarabiać, bo dziecko już podrosło, i powiedziałam mężowi, że składam pozew o rozwód.

– Rozwodzisz się ze mną przez jakieś szmatki? To śmieszne – krytykował mnie Andrzej.

Starałam się mu wytłumaczyć, że nie chodzi o ubrania, ale o jego podejście do nas, ale on nic nie zrozumiał.

Rozwiedliśmy się. Mąż teraz mieszka u swoich rodziców. Płaci nam tylko nędzne alimenty i uważa, że to wystarczy. Boi się, że kupię sobie za jego pieniądze zbędną spódnicę.

Pewnego razu przypadkowo spotkałam go na ulicy. Byłam ładnie ubrana, wyglądałam świetnie. A on idzie w tych samych spodniach, które kupowaliśmy jeszcze razem, i tak złośliwie pyta mnie, czy w końcu jestem szczęśliwa.

Odpowiedziałam, że tak, i tu nie chodzi o pieniądze czy ubrania, po prostu jesteśmy zbyt różni.

A jakie jest wasze zdanie? Czy warto było zostać z takim mężem, czy dobrze zrobiłam, odchodząc od niego?