Jak wyglądało moje późne małżeństwo

Postanowiłam podzielić się swoją historią późnego małżeństwa. Temat jest trudny dla kobiet, którym nie udało się ułożyć życia rodzinnego w młodości i które zostały żonami w późniejszym wieku. Do tej grupy, jak już się domyślacie, należę również ja. Moje małżeństwo nie trwało długo, i znów jestem wolna. Jednak przejdźmy do szczegółów.

Byłam zwyczajną, cichą dziewczyną, kujonką i dlatego prymuską od szkoły do studiów. Studiowałam na kierunku bibliotekoznawstwo.

Z przyszłym mężem poznaliśmy się przez wspólną znajomą. Jej mąż miał przyjaciela, Gienka, który miał 58 lat i był przekonany, że jeszcze można znaleźć swoją drugą połowę i spędzić z nią resztę życia. Ja miałam wtedy 49+.

Spotkaliśmy się w moim mieszkaniu. Mężczyzna był atrakcyjny, elegancki, lubił poezję i rosyjską literaturę XIX wieku. Nasze rozmowy nie były krępujące, więc później zaczęliśmy dzwonić do siebie.

Jeszcze później nasze spotkania stały się regularne, a w końcu oświadczył mi się. Moja odpowiedź była pozytywna (bo to mogła być moja ostatnia szansa na założenie rodziny i bycie żoną, a o tym marzyłam). Tak, już nie mogłam zostać matką, ale poznanie szczęścia małżeńskiego też było dla mnie wiele warte. Nawet jeśli doszłoby do rozwodu, nie mielibyśmy nic do podziału.

Po ślubie w urzędzie stanu cywilnego poszliśmy z przyjaciółmi do restauracji.

I tak zaczęło się nasze wspólne życie. Mieszkaliśmy w moim domu (bo jego zajmowała córka z mężem i dziećmi).

Nie spodziewałam się takiego koszmaru.

Zawsze byłam jedyną gospodynią w swoim domu i miałam już swoje zasady prowadzenia domu. Kiedy mój mąż robił coś nie tak, strasznie mnie to denerwowało.

Na przykład, siadał na kanapie i niedbale zrzucał koc, który uszyłam i wyszyłam. Zawsze nosił do telewizora kanapki z gorącą herbatą i stawiał je na drewnianym stoliku, nawet nie podkładając serwetki, przez co na nim zostawały ślady.

Kiedyś śmieszyły mnie opowieści o porozrzucanych skarpetkach, nie wierzyłam, że dorosły człowiek może je wkładać pod łóżko. Może! Kiedyś nawet prosiłam go, żeby je zaniósł do pralki. Nie miał nic przeciwko, ale nawyków nie da się zmienić. A mnie było nieprzyjemnie ich dotykać. Myślałam, że będzie dbał o swoje rzeczy sam. Niestety, jedyne, co robił, to “cieszył” mnie nową kupką bielizny i pytał, kiedy ją wypiorę.

Zasypianie razem też było niekomfortowe. Zawsze zasypiałam z włączonym telewizorem, kładłam się na łóżku, jak mi wygodnie, i kręciłam się, jak chciałam. A z mężem to był prawdziwy koszmar. Najpierw zabronił włączać telewizor, a potem okazało się, że strasznie chrapie, a ja musiałam spać w niewygodnej pozycji, żeby mu nie przeszkadzać. Niedosypianie było straszne. Rano jednak zdawałam sobie sprawę, że to drobnostki i nie powinnam na nie zwracać uwagi, ale nasze nawyki to, jak się okazało, ogromna część nas samych.

Irytowało mnie wszystko: jak mlaska przy jedzeniu zupy, jak stawia buty, których nigdy nie czyści, jak wyciska pastę do zębów, jak myli półki w szafie i jego ubrania trafiają na inne półki.

Ale najbardziej nie podobało mi się to, że czuł się jak w sanatorium. Zakupy, sprzątanie, gotowanie – wszystko robiłam ja… Przy czym na wszystkie zakupy wydawałam swoje pieniądze, a on to miał zablokowaną kartę, to nie dostał wypłaty, albo żartował, że mamy wspólny budżet.

W końcu, co najbardziej mnie zdenerwowało, to fakt, że zgłosił się do naprawy kranu, zepsuł go i kazał mi zadzwonić po fachowca.

I wtedy pomyślałam: po co mi w domu, w zasadzie obcy człowiek z jego utrwalonymi nawykami i poglądami na życie. Okazało się, że jesteśmy dwiema ukształtowanymi osobowościami, próbującymi się dogadać tylko po to, żeby na starość nie być samotnymi. Czy starczy mi cierpliwości? Przecież dopiero skończyłam 50 lat.

I tak dojrzewałam do rozmowy. Opowiedziałam mu o swoich przemyśleniach i wyjaśniłam wszystko: od codziennych spraw do innych kwestii. Ale to, co odpowiedział, mnie zaskoczyło: “Niesamowite, byłem pewien, że u nas wszystko dobrze się układa, masz nawet podobne cechy do mojej żony”. Okazało się, że całe życie był obsługiwany i otoczony opieką, a teraz na starość znalazł kogoś podobnego.

Nie lubię kłótni i awantur. Zaproponowałam rozstanie w zgodzie. Nasze małżeństwo trwało 6 miesięcy i 2 dni.

Ale wtedy okazało się, że jego córka poważnie postanowiła zostać w jego dwupokojowym mieszkaniu, i liczyła, że on będzie mieszkał ze mną. Może nawet liczyli na moje mieszkanie w spadku.

Przyszła z mężem i dzieckiem na rękach, możliwe, że licząc na litość. Zapewniała, że tata nie jest zły, że nie mają gdzie mieszkać, a dzieci jest dwoje. W końcu doszło do kłótni.

Przez 2,5 miesiąca mąż nie chciał dać rozwodu, ale w końcu ustąpił, żądając zwrotu wszystkiego, co mi podarował i co kupił. Z radością oddałam mu kosz na śmieci i tanią bransoletkę. To było wszystko.

Tak właśnie urozmaiciłam sobie życie, ale czy w dojrzałym wieku czekają nas tylko takie opcje związku? Do jakiego wieku trzeba już koniecznie założyć prawdziwą rodzinę, w której wzajemnie się wspieramy, a nie komplikujemy sobie życia?