Dziewczyny, następnym razem, gdy obrazi się na was mężczyzna z powodu drobiazgu, przypomnijcie sobie tę historię

W 2010 roku leżałam w szpitalu położniczym w tej samej sali z pewną kobietą, Katią: ja byłam z nowo narodzonym synem, a ona z córką. Oba mieliśmy nasze pierwsze dzieci, ja dochodziłam do siebie znacznie wolniej, a Katia bardzo mi pomagała w drobiazgach: podawanie czegoś, przynoszenie śniadania z jadalni… Wyszłyśmy tego samego dnia i przez jakiś czas się nie widziałyśmy.

Pół roku później Katia zadzwoniła do mnie, żeby pogratulować mi półrocznicy urodzin mojego syna. Oczywiście, utknęłyśmy w rozmowie – dyskutowałyśmy o dzieciach, ile ząbków mają, jak śpią i tak dalej. Potem zapytała: – No dobrze, jak tam mąż? Pomaga z dzieckiem?

No więc, zaczęłam skarżyć się na niego standardowymi kobiecymi narzekaniami (nie za często nas karmią chlebem, niech mężczyźni się skarżą):

– Bo, pomaga… Przychodzi zmęczony z pracy, chce odpocząć, a nie biegać za dzieckiem, jeszcze narzeka, że obiad nie jest gotowy, i tak dalej, i tak dalej… U ciebie też tak jest?

Ona mówi:

– Nie, jak byłam w szpitalu, pokłóciliśmy się przez telefon, on od razu spakował swoje rzeczy i wyszedł. Wróciłam ze szpitala – ani męża, ani jego rzeczy… od tamtej pory nie przyszedł, nie pomagał w niczym. A mieszkamy w tej samej okolicy, ostatnio spotkaliśmy się na ulicy i zapytałam go – czy nie chciałby wejść i spojrzeć na swoją córkę?

On:

– Nie, nie chcę… (ten mężczyzna, swoją drogą, ma ponad 30 lat, to jego pierwsze i jedyne dziecko).
I Katia kontynuuje rozmowę:

– Więc mówisz, że masz męża? Nie pomaga?

A ja na to:

– Mam?! No to jest idealny dla mnie!