Od męża odeszła żona. Płakała, smuciła się, ale potem przestała i znalazła receptę na szczęście
Poczucie bycia pyłkiem pod butem Losu jest znane wielu. Tak też często czuła się bohaterka mojej opowieści w trudnych sytuacjach życiowych. Jednak zawsze uspokajała ją myśl, że “no przynajmniej mąż niepijący, a tak w ogóle to dobrze, że jest, bo ile tam kobiet samotnych krząta się, co zostawili”.
I tą myślą pocieszała się aż do pewnego niezbyt pięknego poranka, kiedy mąż powiedział jej: “wiesz, pomyślałem, że czas już się rozstać”. Ukrywał oczy, a głos drżał. Albo poczuł winę, albo tajemnicę. Widocznie samo jego decyzja nie była łatwa, ale słowo nie ptak.
Płacz, błagania, nic nie pomagało – rozwód. I nasza bohaterka znalazła się z paroma walizkami w pustym mieszkaniu w prowincjonalnym miasteczku N. I tak sobie leży. Przeżyli przecież 18 lat razem. To jak odcięcie kawałka samej siebie. Nie będziemy kłamać, że uczucia dawno zmarły, a małżeństwo trzymało się tylko przyzwyczajeniem i wspólnym codziennym życiem, ale mimo wszystko…
Płynąć z nurtem, w tym Życia, tylko lekko poruszając płetwami, jest niebezpieczne. Bezwolną drzazgę pociągnie w każdy wir. Ale i drugi skraj często kończy się upadkiem. Kochanki, które łapią byka za rogi i próbują od Życia swojego, ciemno i skupione wyrwać sobie kawałki bardziej tłuste z tego wspólnego ciasta, dochodzą również do poczucia wyczerpującego biegu w kole, a nie szczęścia i radości.
Jak więc złapać Szczęście? Gdzie kupić trochę Radości?
Zastanawiała się nasza bohaterka, leżąc chora w łóżku, tak zmęczona i schorowana, że nie wytrzymała i powiedziała “jeśli nadszedł mój czas, to dobrze, kto ja taka, żeby sprzeczać się z Przeznaczeniem. Czas umierać”. I uspokoiła się. Leży, więc sobie, spokojna, czeka, aż przyjdzie garbata. A ta, coś się spóźnia, widocznie ma sprawy. Zaczął się nudzić prosty sposób cierpienia.
I kobieta zaczęła wychodzić z mieszkania i chodzić do pobliskiego lasu. A tam jeszcze rzeczka obok, a potem znalazła się niedaleko jeziora. A czas był łaskawy, koniec sierpnia. Pogoda była ciepła, przyroda spokojna, ptaszki śpiewają, dzieciaki kąpią się. I przychodziła na brzeg i siedziała godzinami, dniami.
Żywiła się nędznym kaszą z Piątki, jak stara babcia, i nic jej więcej nie było potrzebne, po prostu tak siedzieć na brzegu, spacerować po lesie, rozmawiać z drzewami. I niesamowicie, na jej twarzy coraz częściej pojawiała się uśmiech. Zacząła czytać książki, te, które od dawna chciała, ale nie miała czasu, bo biegnie do pracy, a po pracy wróciła, tak gotować, prać, sprzątać, i tak życie mijało… a tu nagle wzięła i czyta, co chce.
I wtedy trafiła na książkę filozoficzną, nieprostą, a tam było napisane: co posiejesz, to zbierzesz. Chcesz szczęścia, zrodź je w sobie i wyraź na zewnątrz, wysyłaj do Świata, a od Świata wróci do ciebie wzmocnione tysiąckrotnie. A jeśli będziesz płakać nad nieszczęściem, to je dostaniesz, w pełnym wymiarze.
Zastanawiała się kobieta “a daj no spróbuję. Nic nie stracę, już nie mam nic do stracenia”. Najtrudniejsze okazało się zrodzenie tego szczęścia w sobie. Jak to poczuć, jeśli wewnątrz tylko ból i czarna uraza? Ale trzeba, postanowiła spróbować, więc dawaj, rodź.
Myślała, myślała i postanowiła, że jej las i jezioro to już jest to szczęście. Zadzwoniła do przyjaciółki i opowiedziała, że wszystko jest wspaniale, teraz mieszka w pięknym miejscu z cudownym lasem i jeziorem, i zaprosiła ją na wizytę. Przyjaciółka nie spodziewała się takiej miłej rozmowy i była zdziwiona, ale cieszyła się z naszej bohaterki i obiecała przyjechać. Chociaż nigdy nie przyjechała, było to nieważne. Eksperyment się udał!
Dzielenie się szczęściem okazało się o wiele przyjemniejsze niż narzekanie na problemy. I kobieta zaczęła wymyślać sobie różne małe “szczęścia”. Na przykład przypomniała sobie, że kiedyś w dzieciństwie lubiła majsterkować. I tak wzięła nitki, igły, stare sukienki pokroiła na łaty i zaczęła wymyślać, jakieś lalki. Wyszła lalka. Potem druga, trzecia, specjalnie zaczęła je robić szczęśliwymi, uśmiechniętymi. Zaczęła je dawać przyjaciołom i krewnym. A oni w zdziwieniu mówili: “Sylwia, czy to ty? Przecież świecisz!”. “A czym ja świecę?” zapytała kobieta z łobuzerskim uśmiechem.
“Szczęściem!”
