W moim domu mieszka matka z dziećmi w trzypokojowym mieszkaniu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że „chłopcom” jest już prawie czterdzieści lat. Każdy z nich ma już żonę
W dzisiejszych czasach można by powiedzieć, że to całkiem normalna sytuacja. Ale ja tak nie uważam, wierzcie mi, to wcale nie jest normalne. Tak nie powinno być.
Wiele kobiet skarży się teraz, że prawdziwi mężczyźni wyginęli, że współcześni mężczyźni nie mają samodzielności, odpowiedzialności, że nie można na nich polegać jak na solidnym fundamencie. Ale zapominają o jednym – fundament to one same kładą. Wydaje się, że to jakieś inne kobiety wychowują bezwartościowych synów, aby potem stali się takimi samymi mężczyznami. W rzeczywistości większość matek własnymi rękami tworzy mężczyzn, z którymi same by się rozwiodły lub nie chciałyby z nimi żyć.
Idzie zmęczona kobieta z pracy, niesie ciężkie torby, po drodze wstępując do sklepu. „Dlaczego tak się męczysz? Nie ma nikogo, kto by pomógł?” – pytam. „Są, mam dwóch synów w domu. Jeden ma dwadzieścia siedem lat, drugi trzydzieści jeden. Siedzą przy komputerach, nie można ich odciągnąć. Teraz przyjdę, zaczną grzebać w torbach, łapać na szybko. Mogliby się w końcu ożenić. Byłoby łatwiej…”
Znajoma opowiada, jak wiesza po całym domu trzydzieści par skarpet, kiedy pierze dla swoich dwóch synów. „I sami sobie nawet pierogów nie ugotują” – skarży się.
Swoim stosunkiem do synów matki pokazują, że same nie potrzebują wsparcia, a dzieci są zawsze słabsze. Taka postawa kształtuje się w dzieciach na całe życie.
Albo jeszcze – sześćdziesięcioletnia matka mieszka w trzypokojowym mieszkaniu ze swoimi dziećmi. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że jej dwóm „chłopcom” jest już prawie czterdzieści lat. I każdy ma rodzinę. Drugą. Wszystkie pokoje podzielone, pełnoprawna komunalka. Ale jakby to matce nie przeszkadzało.
Po śmierci męża całą swoją uwagę skierowała na dzieci. Bycie z nimi, bycie na bieżąco z ich problemami i, oczywiście, rozwiązywanie ich w odpowiednim momencie stało się życiową koniecznością.
Starając się przywiązać dziecko do siebie, matka przeszkadza w rozwoju swoich synów. Tłumiąc ich samodzielność, tłumi też ich męskie cechy. Nic dziwnego, że żony tych „chłopców” są władcze i silne. Innego kobiecego wzorca sobie nie wyobrażają.
Często zdarzają się sytuacje (wiem to z własnego doświadczenia jako kierownik działu kadr), kiedy matki dosłownie prowadzą synów za rękę na rozmowę kwalifikacyjną. Wygląda to dość absurdalnie, biorąc pod uwagę, że kandydat ma zwykle nie mniej niż dwadzieścia dwa lata. Rekruterowi nie trzeba już o nic pytać – samodzielność kandydata jest widoczna.
Tak samo matki decydują za synów, gdzie mają studiować, kiedy zdobywać kwalifikacje, co robić z aspiracjami zawodowymi. Decydując za swoje dziecko, jak ma budować swoje życie, matka pozbawia je woli, czyni je słabym i bezinicjatywnym.
Mężczyzna traci naturalną skłonność do osiągnięć i zdobywania. Albo wręcz przeciwnie – przekonuje się, że tylko siła przeciwstawia się sile, staje się nadmiernie brutalny i agresywny.
Jak uchronić się przed nadmierną opieką matki? Wielu chłopców instynktownie to rozumie, „uciekając” z domu: jadą studiować do innego miasta, mieszkać w wynajętych mieszkaniach itp. I to jest słuszne.
Swoją niezależność najlepiej kształtować w samotności.
Najważniejsze, aby nie zapomnieć, że pewnego razu, kiedy mama ubierała chłopca do przedszkola, powiedział: „Sam”. Może nie do końca świadomie, ale odnoszący sukcesy mężczyźni wcześnie zaczynają rozumieć, że „własne zdanie jest najwłaściwsze”.
A matki lepiej, żeby skupiły się na sobie, swoich zainteresowaniach i mężu, dając synowi możliwość podążania własną drogą i podejmowania własnych decyzji. Nie bez powodu w świecie zwierząt zwyczajowo wychowuje się potomstwo tylko do pewnego wieku.
