Mąż bierze kredyty, aby zaspokoić potrzeby swojej mamy i siostry. Nigdy nie zamierzałam być na trzecim miejscu u ukochanego mężczyzny, więc postawiłam mu ultimatum
Przez wszystkie cztery lata naszego małżeństwa myślałam, że już przywykłam do wszystkiego. I do tego, że trzeba wstać o szóstej rano, bo pilnie trzeba jechać na działkę, zanim pomidory uschną z powodu upału. I do podróży samochodem trzysta kilometrów, bo siostra męża zgubiła paszport w innym mieście i nie może wrócić do domu. I do zajmowania się sąsiadami teściowej, których solidnie zalała.
Z tego ostatniego wydarzenia mam szczególnie wiele wspomnień, bo wtedy musieliśmy wziąć kredyt, żeby spłacić poszkodowanych sąsiadów. Spłacaliśmy go my, chociaż teściowa zapewniała, że wszystko zapłaci sama.
Sami żyjemy od wypłaty do wypłaty, spłacamy kredyt za samochód i wciąż nie możemy uzbierać na wakacje nad morzem. Bo rodzinie męża ciągle coś się dzieje, jedno po drugim.
Ile razy kłóciliśmy się na temat jego krewnych, nie sposób zliczyć. A on zawsze ma jedną odpowiedź – “to moi najbliżsi ludzie, nie mogę ich zostawić w tak trudnej sytuacji”. Gdyby raz ich zostawił, to zachowywaliby się ostrożniej, a tak nie mają o czym myśleć. Przecież jest ktoś, kto wszystko załatwi i rozwiąże.
W zeszłym roku szwagierka zdołała urodzić dziecko. Bez małżeństwa, bez ojca dziecka, po prostu tak się przypadkowo stało. Kiedy się zorientowała, było już “oj”, tylko rodzić.
– I nic strasznego, wychowamy! To nasza krew, nasze dziecko – brawurowała wtedy teściowa i przyszła babcia jednocześnie.
Mnie dręczyły niejasne wątpliwości, kto ma wychowywać dziecko. Przeczucia mnie nie zawiodły – na nas, a dokładniej na męża, zaczęły spływać prośby o pomoc w zakupach i załatwianiu różnych rzeczy. Mąż chętnie rzucał się do pomocy, kupował i załatwiał, dopóki nie uderzyłam pięścią w stół i nie powiedziałam, że albo przestanie wydawać rodzinny budżet na cokolwiek, albo może pakować rzeczy i przeprowadzać się do mamy i siostry.
Bo to bardzo dobrze wychodzi – on całą swoją pensję wydaje na potrzeby siostry i mamy, a my potem żyjemy z tego, co zarobiłam ja. Mnie to nie odpowiada. My też mamy wiele rzeczy, na które można wydać pieniądze – spłacić wcześniej kredyt na samochód, zrobić remont w mieszkaniu, pojechać na wakacje. Lista jest bardzo długa.
Mąż chyba zrozumiał, że mówię poważnie o jego przeprowadzce do mamy, i zaczął się zachowywać bardziej powściągliwie. Może porozmawiał z krewnymi, żeby były bardziej skromne w swoich prośbach. Pieniądze z rodzinnego budżetu przestały tam płynąć szeroką rzeką, ale pozostał mały strumyk, z którym mogłam się pogodzić.
Ale niedawno dowiedziałam się, że mąż zamierza wziąć kredyt. I nie na coś potrzebnego dla naszej rodziny, ale żeby kupić prezenty.
– Zrozum, to taki wspólny prezent dla mamy i siostry – próbował wyjaśnić mąż, ale sytuacja wcale nie wyglądała lepiej. – Teraz mają trudne czasy, same sobie czegoś takiego nie kupią. To moja rodzina, muszę o nich dbać.
Zapytałam, co zamierza mi dać na nowy rok, okazało się, że jeszcze o tym nie myślał. Ale mamie i siostrze już kupił bardzo drogie prezenty.
Postawiłam warunek, że ma sprzedać lub zwrócić wszystko, co kupił, spłacić kredyt, który wziął.
Mieszkanie jest moje, mam pracę, kredyt na samochód spłacę bez problemu. Nie widzę sensu w małżeństwie, w którym żyję gorzej, niż było przed nim. A być na trzecim miejscu u ukochanego mężczyzny w ogóle nigdy nie zamierzałam.
