Syn ożenił się i już trzeci rok z rzędu wędrują z żoną od mojego domu do teściowej i z powrotem.

Mój syn stosunkowo niedawno wziął ślub. Byłam przeciwna temu małżeństwu – ani on, ani jego dziewczyna nie byli gotowi na małżeństwo. Mieli wtedy dziewiętnaście lat, powinni myśleć o nauce, pracy, karierze, podróżach i imprezach, a nie o ślubie. Ale oni byli już mądrzy i dorośli. I tak już trzeci rok ten wędrowny cyrk jeździ od mojego domu do teściowej i z powrotem. Nie mogą się z nikim dogadać, nie mają za co wynająć mieszkania, a o kredycie hipotecznym nie wspomnę.

Syn zawsze miał uparty charakter. Jeśli coś sobie wbił do głowy, to dopóki samo nie przeminie, nie da się tego wybić. Dlatego, kiedy oznajmił, że się żeni, tylko westchnęłam. Za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie. Jakie małżeństwo, skoro ani on, ani jego wybranka nie widzieli jeszcze niczego w życiu. Nawet próbowałam mu wyjaśnić, że rodzina to odpowiedzialność, duże wydatki i poważny krok.

Powiedział mi, że nie jest już dzieckiem i wszystko doskonale rozumie. Już znalazł pracę po szkole, żeby móc wynająć mieszkanie z żoną. Ona też była studentką, ale zamierzała pracować dopiero po ślubie.

Próbowałam go jeszcze trochę przekonywać, ale upierał się jak osioł, więc postanowiłam, że nie chcę całkowicie psuć z nim relacji. Jeśli chce, niech robi. Spełniłam swoją misję, ostrzegając o możliwych problemach. Odpowiedział mi, żebym się nie wtrącała, więc się nie wtrącałam.

Mama narzeczonej też była w szoku z powodu decyzji córki, ale również nic nie mogła zdziałać. Jej przekonywania i argumenty były dla córki nieważne.

Młodzi w końcu wzięli ślub. Na szczęście nie mieli wielkich planów na to wesele, więc było skromnie – najpierw urząd stanu cywilnego, potem małe przyjęcie w gronie rodziny w restauracji, a z przyjaciółmi świętowali już bez nas.

Na początku dzieci zamieszkały w wynajętym mieszkaniu. Syn zaczął pracować, synowa też chyba gdzieś się zatrudniła. Do pierwszej sesji wszystko było w porządku, ale potem okazało się, że mają zaległości w nauce i nie mają czasu na pracę, muszą wszystko nadrobić, żeby ich nie wyrzucili ze studiów.

Nie mieli pieniędzy na wynajem, więc syn zadzwonił do mnie i poprosił, żeby mogli zamieszkać u mnie na kilka miesięcy, dopóki nie uporają się z nauką i nie będą mogli znowu normalnie pracować. Oczekiwałam czegoś takiego, więc już wcześniej zwolniłam dla nich pokój.

Przeprowadzili się do mnie, a ja ich nie niepokoiłam, dopóki mieli sesję. Choć mogli przynajmniej zmywać po sobie naczynia. No cóż, pomyślałam, że skoro się uczą, to nie będę ich drażnić. Sama wszystko robiłam, chociaż widok ciągłego bałaganu po powrocie z pracy mnie irytował. Myślałam, że te kilka miesięcy jakoś wytrzymam.

Ale dzieci zdały sesję i nie zamierzały się wyprowadzać. Ani nie angażowali się w domowe obowiązki. Sama zaczęłam im zwracać uwagę, prosić, żeby przynajmniej sprzątali po sobie. Przydałoby się też, żeby dorzucali się do jedzenia. W końcu jedli z apetytem.

Syn przez miesiąc obiecywał, że znajdzie pracę, ale zawsze coś mu przeszkadzało. To wszystko mnie denerwowało. Kto by się cieszył, kiedy dorosły syn, który się ożenił, wraca z żoną na kark matki. Ani on, ani młoda żona nie pracują, po nauce chodzą na jakieś imprezy, wracają późno, trzaskają drzwiami, wyjadają wszystko z lodówki i nic nie robią w domu.

To mnie wykończyło, postanowiłam porozmawiać z młodymi. Rozmowa się nie udała, powiedzieli mi, że nic nie rozumiem i tylko się czepiam, a jeśli ich obecność tak mnie drażni, to się wyniosą. I wynieśli się, ale nie za daleko – do teściowej.

– Dlaczego wyrzuciłaś dzieci? Są jeszcze młodzi, trzeba było jakoś delikatniej – mówiła mi z wyrzutem teściowa.

Wyjaśniłam, że nikogo nie wyrzucałam, a niańczyć dwóch dzieci nie zamierzam, są dorośli i powinni coś rozumieć. Powiedziałam, że wkrótce sama poczuje, jak to jest z nimi mieszkać.

Wszystko potoczyło się tak, jak przewidywałam. Chociaż u teściowej wytrzymali dłużej, syn znalazł pracę i zaczął oddawać jakieś pieniądze za ich pobyt. Przynajmniej nie całkowicie obciążali teściowej. Ale potem znowu była sesja, dzieci znowu całkowicie zależały od mamy synowej.

Teściowa też długo tego nie wytrzymała, zaczęła czegoś od nich wymagać, a młodzi według sprawdzonego schematu zebrali się i wrócili do mnie. Na ten moment już ochłonęłam.

To wielkie przemieszczenie ludów trwa już trzeci rok. Na szczęście dzieci skończyły studia, mogą teraz znaleźć normalną pracę i zacząć żyć na własny rachunek. Ale się nie spieszą. A my z teściową nie jesteśmy wieczni, żeby cały czas ciągnąć ten wózek.

Zebraliśmy się całą rodziną, posadziliśmy przed sobą dzieci i powiedzieliśmy, że nasza misja została wypełniona – dzieci skończyły naukę. Teraz powinni sami radzić sobie w życiu i coś osiągnąć. Mają miesiąc na znalezienie pracy, potem czekamy na pierwszą wypłatę i wysyłamy ich na własne drogi, ani ja, ani teściowa więcej ich nie przyjmiemy. A jeśli w ciągu miesiąca nie znajdą pracy, mogą ruszać, gdzie oczy poniosą, bo darmozjadów nie będziemy karmić.

Dzieci ucichły, obiecały, że zmieszczą się w wyznaczonym czasie. Zobaczymy, jak im to wyjdzie.