Mąż aktywnie narzuca mi swoje dziecko z pierwszego małżeństwa. „Po co nam rodzić jeszcze jedno, mamy już kogo wychowywać” – mówi

Dla mnie to także drugie małżeństwo, podobnie jak dla męża. Ale ja z pierwszego małżeństwa nie wyniosłam nic oprócz życiowego doświadczenia, a mój mąż ma syna, który teraz ma pięć lat. Mąż jest blisko z dzieckiem, jest dobrym ojcem, nie przeczę, ale chcę urodzić swoje dziecko, a nie wychowywać obcego chłopca. Mąż udaje, że nie rozumie, jaka jest różnica.

Mieszkamy w mieszkaniu męża, które jest dwupokojowe, przekształcone kiedyś w trzypokojowe. Rozkład jest dziwny, z jednym przechodnim pokojem, ale jest dość przytulnie. Jedno z pomieszczeń zostało jeszcze za czasów pierwszego małżeństwa przekształcone w pokój dziecięcy. Teraz często, a właściwie zawsze, mieszka tam jego syn.

Wiedziałam, że mąż ma dziecko i że jako dobry ojciec nie ogranicza się do alimentów, ale bierze aktywny udział w jego wychowaniu. W przeciwieństwie do byłej żony, która stale zrzuca chłopca na nas lub na babcie. Jeśli chłopiec spędza tydzień w miesiącu z matką, to już jest sukces.

„Ona zawsze taka była, nigdy nie przejmowała się dzieckiem. Nie rozumiem, dlaczego tak walczyła o niego w sądzie, skoro i tak się nim nie zajmuje” – mówił mąż. „Chyba bała się, że zażądam alimentów. Choć mówiłem, że nic od niej nie chcę”.

Sytuacja z ich rozwodem była dziwna, ale nie chciałam się w to zagłębiać. W końcu to nie moja sprawa. Ale to, że jego syn cały czas przebywał u nas, już mnie bezpośrednio dotyczyło.

Kola jest dzieckiem trudnym, rozpieszczonym przez litościwe babcie, więc jest przyzwyczajony, że świat kręci się wokół niego. Ale nie jest zły, jest czuły i w ogóle to dobry chłopak, jeśli włoży się w to trochę wysiłku i poprowadzi w odpowiednim kierunku.

Właśnie tego mąż oczekuje ode mnie. Ale mam obawy, że nie pozwolą mi normalnie zajmować się jego wychowaniem te same babcie, które jak orlice chronią dziecko nawet przed jego rodzicami, nie mówiąc już o mnie. A każdą lukę w wychowaniu zrzucą na mnie – że nie dopilnowałam, nie wyjaśniłam.

Poza tym chcę urodzić swoje dziecko. A mąż udaje, że nie rozumie, dlaczego tego potrzebuję. Mówi, że już mamy gotowe dziecko, nie trzeba rodzić, męczyć się, poświęcać figury. Weź i wychowuj.

Ale ja nie chcę gotowego pięciolatka. Chcę urodzić własne dziecko, które będzie podobne do męża i do mnie, być z nim od pierwszych dni, a potem wychowywać je tak, jak uważam za słuszne. A oferują mi poprawianie pedagogicznych błędów babć, nadmiernie kochających jego, obojętnej matki i zbyt dobrego ojca.

Teściowa też dolewa oliwy do ognia, popierając stanowisko męża.

„Wiedziałaś, na co się decydujesz, wychodząc za mąż za mężczyznę z dzieckiem”.

Ale na co się decydowałam? Powiedziano mi, że chłopiec mieszka z matką, a do ojca przychodzi w odwiedziny i czasami u niego mieszka. A w rzeczywistości chłopiec spędza większość czasu u ojca i babć, a matkę widuje rzadko. Mamę chłopca mam zastąpić ja.

„Nie ma obcych dzieci” – zapewnia teściowa. „Jeśli kochasz mojego syna, pokochasz też jego”.

Ale ja nie traktuję tego chłopca jak swojego dziecka. Mogę go nakarmić, wykąpać, położyć spać. Ale serce nie drży. On jest dla mnie obcy.

Może jestem gotowa wychowywać cudze dziecko, ale nie zamiast własnego. To nie jest równoważna wymiana, niezależnie od tego, co mąż sobie myśli. Chłopca oczywiście mi żal. Przenosi się od ojca do babć, czasem trafia do kobiety, która go urodziła, i jeszcze jakaś obca ciotka się pojawiła. Nawet nie wyobrażam sobie, jak on to wszystko odbiera. Ale to nie oznacza, że jestem gotowa zastąpić mu matkę.

Kocham męża, nie chcę się z nim rozstawać. A do jego syna odnoszę się normalnie, ale chcę mieć własne dzieci, a nie zadowalać się tym, co zostało mi z jego pierwszego małżeństwa.