Dzieciom brakuje pieniędzy i uważam, że powinniśmy je wspierać. A kto, jak nie rodzice, pomoże? Ale mój mąż uważa, że już wystarczająco im pomogliśmy, że nadszedł czas, aby żyć dla siebie, bo całe życie spędziliśmy w pogoni za pieniędzmi

– Piotrze, no jak tego nie rozumiesz? Jesteśmy rodzicami i musimy pomagać dzieciom, a one teraz mają problemy i nie możemy ich zostawić, – mówię do męża, podając śniadanie.

Piotr jadł w milczeniu i nie reagował na moje prośby. Niedawno przeszedł na emeryturę i powiedział, że teraz zamierza odpoczywać. A teraz nie jest najlepszy czas na odpoczynek.

Syn ma kredyt na samochód, a córka wzięła kredyt na mieszkanie. I syn, i córka mają po dwoje dzieci, a to też duże wydatki.

Dzieciom brakuje pieniędzy i uważam, że powinniśmy je wspierać. A kto, jak nie rodzice? Ale mój mąż uważa, że już wystarczająco im pomogliśmy, że nadszedł czas, aby żyć dla siebie, bo całe życie spędziliśmy w pogoni za pieniędzmi.

Piotr wcześniej jeździł do Wielkiej Brytanii, bo trzeba było wychować dzieci, wykształcić je. Bardzo chciałam, żeby miały dobre wykształcenie. I my z mężem, w zasadzie, poradziliśmy sobie, nasze dzieci wyrosły na porządnych ludzi, oboje mają rodziny, dzieci, a wraz z nimi i wydatki.

Kiedy mąż pracował, wszystko było w porządku, zawsze coś odkładałam dla dzieci. Ale teraz przeszedł na emeryturę i pieniędzy jest znacznie mniej, nie ma z czego pomagać.

Piotrowi właśnie zaproponowano dobrą pracę i mógłby jeszcze kilka lat popracować, ale nie chce. Mówi, że swoje już przepracował, a dalej – dzieci same niech sobie radzą.

A co one mają robić? Syn ma oddać samochód, czy córka ma sprzedać swoje mieszkanie? Mają wszystko w kredytach, a oni, jak na złość, jeszcze mają problemy z pracą – syn stracił pracę, szuka nowej, a córka poszła na urlop macierzyński. No jak w takich okolicznościach nie pomóc dzieciom, zwłaszcza gdy jest taka możliwość?

– Piotrze, przemyśl to. Przecież nie obcym ludziom, tylko własnym dzieciom masz pomóc, – proszę męża.

– Jeśli tak bardzo musisz, to jedź sama do pracy za granicę, – burknął mąż, odsunął śniadanie i poszedł do swojego pokoju.

Widzę, że sam chce gdzieś wyjść, nudzi mu się w domu, ale do pracy kategorycznie nie chce iść.

Już sama nie wiem, co robić. Nie poznaję swojego męża. Czy naprawdę nie szkoda mu dzieci? A praca mu się nawinęła w samą porę, mógłby pomóc, a nie leżeć na kanapie.

Tymczasem, Piotr proponuje mi wyjazd na zarobek za granicę. Ale ja nigdy za granicę nie wyjeżdżałam, więc dokąd mam pojechać? I co, ciekawa jestem, mąż będzie robić beze mnie? Nawet nie umie sobie podgrzać barszczu z lodówki, a czeka, aż wszystko mu pod nos podam.

Postawiłam mężowi warunek – albo idzie do pracy i pomagamy dzieciom, albo rozwiodę się z nim i wtedy pojadę na zarobek.

Jest mi tak przykro, że nie potrafię tego wyrazić słowami, nie poznaję swojego Piotra. Jakby mówił o obcych dzieciach, a nie o swoich. Bardziej interesuje go leżenie na kanapie przed telewizorem, niż wyjście do ludzi, do pracy, i spędzenie czasu w ciekawy sposób, zarobienie pieniędzy i wsparcie dzieci.

Tylko Piotr upiera się i twierdzi, że dorosłym dzieciom nie trzeba pomagać.

Mam inne zdanie, bez względu na to, ile lat mają dzieci, jeśli potrzebują naszej pomocy, to trzeba im pomóc. Czyż nie tak?

Oceńcie, kto z nas ma rację – ja czy mój mąż?