My z Andrzejem przeżyliśmy razem 40 lat. Rówieśnicy – urodziliśmy się z różnicą dwunastu dni. I przez cały ten czas byłam pewna na sto procent – ten mężczyzna jest tylko mój
Wydawało mi się, że jesteśmy idealną parą, jak dwa gołębie, które nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Przynajmniej tak myślałam do niedawna. A potem stało się coś, co wywróciło moje życie do góry nogami. Rozpadło się na dwie części: „przed” i „po”.
Otóż, pewnego dnia wracam z pracy do domu… A co, mam 65 lat, ale prowadzę aktywny tryb życia. Pracuję nie tyle dla pieniędzy, co dla rozrywki. Bo w domu jest nudno siedzieć, a brak aktywności to prosta droga do grobu. Tak więc wracam z pracy i zastaję gościa. Małego chłopca ze smutną miną.
Chłopiec siedzi na kanapie w salonie. Obok niego siedzi mój mąż i… płacze. Nie wiedząc, co myśleć, zaczynam zadawać pytania.
– Andrzeju, a kto to jest? Kim jest ten chłopiec? I dlaczego przyprowadziłeś go do domu?
– Anno, zrozum mnie tylko dobrze – odpowiada mąż, a sam znowu zaczyna płakać – mój syn zmarł dzisiaj w nocy. A to jest mój wnuk.
– Jaki syn? Jeśli zapomniałeś, to mamy córkę. Ona jest niezamężna, pracuje w stolicy. I wnuków nie masz. Przynajmniej na razie.
– To ty masz córkę – Andrzej podniósł głos – i nie masz wnuka. Ale ja miałem syna. I mam wnuka. Oto on – Michał.
– Dzień dobry – powiedział chłopiec, podnosząc na mnie swoje jasno-niebieskie oczy.
– Dzień dobry. Tak. Chodź ze mną do kuchni, tam wszystko opowiesz. A chłopiec, wnuk czy kim on tam jest, niech tu zostanie. To rozmowa nie dla dziecięcych uszu.
W tamtym momencie już mniej więcej zrozumiałam, co się stało, ale odmawiałam w to uwierzyć. Szczerze liczyłam, że Andrzej teraz rozwieje moje przypuszczenia. Powie, że to żart, a chłopiec jest wnukiem jakiegoś kolegi, który poprosił, aby z nim posiedzieć.
Ale nie. Mąż zaczął opowiadać o swoich przygodach z młodości, a ja powoli opadałam z sił. Byłam tak zaskoczona, że na chwilę nawet straciłam mowę.
Okazało się, że mój mąż niedługo po naszym ślubie znalazł sobie kochankę. Ale to jeszcze pół biedy. Niedługo po rozpoczęciu tych „przypadkowych” relacji, dama zaszła w ciążę i urodziła chłopca, Wiktora.
Czyli, mówiąc prościej, Andrzej miał syna na boku. Zerwanie związków z kochanką już nie było możliwe – dziecko związało ich na stałe. Ale i odejść ode mnie nie zamierzał. Tak więc żył na dwa domy.
Potem chłopak dorósł, ożenił się, urodził mu się syn. Ten sam Michał, który siedział na kanapie w salonie. Kochanka zmarła kilka lat temu, z Wiktorem mój mąż utrzymywał bliskie relacje, jak przystało na ojca i dziecko. Przecież to dla mnie on, że tak powiem, był wrogiem. Dla niego to była krew.
Ale pech chciał, że w nocy przed opisanymi wydarzeniami Walery zmarł. Dziewczyna z którą był, dawno już odeszła do innego, zostawiając chłopca na barkach ojca.
Podsumowując – Michał został zupełnie sam. Poza dziadkiem, czyli moim mężem, nie miał na świecie żadnej bliskiej osoby. Tak, został sierotą.
– Taka jest historia – zakończył Andrzej opowieść. – Rozumiem twój stan, ale nie mam gdzie go podziać. W końcu to nie obca osoba. A i szkoda dziecka, tak po ludzku… Czyż nie?
– Szkoda – zdołałam tylko powiedzieć. – Jak w ogóle mogłeś?! I na co liczyłeś?
– Na nic. Po prostu opowiedziałem i postawiłem cię przed faktem. A teraz zdecyduj sama. Wyrzucisz go – masz prawo. Ale jakby nie było, przez całe życie kochałem tylko ciebie jedyną. A to… przypadek. Niestety, bolesny, ale jednak istnieje.
Nie wiem, co mną kierowało w tamtym momencie, ale… zgodziłam się na jakiś czas zostawić Michała u nas.
W końcu dziecko nie jest winne, że jego dziadek okazał się rzadkim kłamcą. Można powiedzieć, że zdrajcą. A teraz, po półtora roku, sama go od siebie nie wypuszczę. Przywiązałam się. I nie będę miała własnych wnuków.
Okazało się, że nasza córka z Andrzejem z powodu problemów zdrowotnych nie może mieć dzieci.
Oczywiście, to zdrada, tak. I nie mogę w pełni wybaczyć mężowi, nawet teraz. Ale w pewnym sensie jestem mu nawet wdzięczna.
