– Odchodzę! Mam cię dość po 20 latach! – zadzwonił mąż

Ze swoim mężem przeżyłam prawie 20 lat. W marcu mieliśmy obchodzić naszą porcelanową rocznicę. Nasze życie było jak u większości – nie zawsze idealne, czasami zdarzały się kłótnie i sprzeczki, ale nigdy nie doszło do rękoczynów. Dla mnie to było nie do przyjęcia, i gdyby coś takiego się zdarzyło, odeszłabym od niego natychmiast, zabierając ze sobą dzieci.

Czasem mąż wyjeżdżał na noc do swojej matki, mimo że to był nasz wspólny dom, to jednak on częściej trzaskał drzwiami. Zwykle po pewnym czasie dzwonił do mnie z przeprosinami, przynosił kwiaty i prezenty dla dzieci. Wybaczałam mu, bo mieliśmy już dwójkę dzieci i nie chcieliśmy się rozstawać. Kłótnie uspokoiły się, kiedy nasz młodszy syn skończył dziesięć lat. Do tego czasu mieliśmy już dwoje wspaniałych dzieci – starszy Witek miał siedemnaście lat, a Irenka dziesięć.

Pewnego dnia, w chwili tego krótkiego rozejmu, poczułam dziwne uczucie w dole brzucha – lekkie mrowienie i przyjemne ciepło. Od razu zrobiłam test ciążowy – wynik był pozytywny. Lekarze wcześniej mówili mi, że po urodzeniu Irki nie będę już mogła mieć dzieci, ale okazało się, że to była błędna diagnoza. Pomyślałam, że to dziecko jeszcze bardziej umocni nasze małżeństwo. Mój mąż będzie mógł znów zaangażować się w wychowanie małego dziedzica lub dziedziczki.

Byłam pełna radości i ekscytacji. Choć różnica wieku między dziećmi była spora, a ja sama nie byłam już młoda, cieszyłam się, że znów mogę wrócić choć na chwilę do dzieciństwa i zająć się małym dzieckiem. Nie mogłam długo czekać, chciałam jak najszybciej podzielić się tą wspaniałą nowiną. Znalazłam stare śpioszki Irki, włożyłam je do pudełka z testem ciążowym i zawinęłam wszystko w ozdobny papier.

Wyszłam do pokoju, gdzie mąż rozmawiał przez telefon. Nie chciałam mu przerywać, więc czekałam, aż skończy rozmowę. Po chwili odłożył telefon, gdy tylko mnie zauważył, nie kończąc rozmowy.

– Co to za spotkanie? Nie przeszkadzam ci? – zapytałam.

– Nie, kochanie, właśnie skończyłem – odpowiedział krótko.

– Mam dla ciebie prezent.

Mąż spojrzał mi w oczy, uśmiechnął się i wziął pudełko. Potrząsnął nim lekko.

– Takie lekkie… To bilety na jutrzejszy mecz?

– Nie, coś jeszcze lepszego.

Rozwinął papier i zobaczył test ciążowy. Wziął go do ręki, długo wpatrywał się w wynik, a potem spojrzał na mnie:

– To prawda, to nie żart?

– Nie, niedługo będziemy mieli dziecko, jestem w ciąży!

Objął mnie wtedy i pocałował w czoło. Spodziewałam się nieco innej reakcji, bo przy ostatnim dziecku skakał z radości.

Dowiedziałam się o ciąży dość późno, a wtedy szybko ustaliliśmy, że prawdopodobnie to będzie dziewczynka. Wcześniej mąż marzył o drugiej córce i chciał, żeby miała swoją małą księżniczkę. Teraz jednak zachowywał się dziwnie i nerwowo, ale starałam się ignorować negatywne myśli.

Spędziliśmy weekend razem z dziećmi – poszliśmy do parku, jeździliśmy na zjeżdżalniach i dużo spacerowaliśmy. Byłam niesamowicie szczęśliwa i czułam, jak nasze dziecko rośnie we mnie.

Kiedy wróciliśmy, położyliśmy się do łóżka i zaczęliśmy rozmawiać o tym, jakie imiona pasowałyby do naszego dziecka.

– Jeśli to będzie chłopiec, chciałabym, żeby nazywał się Artur – zaczęłam.

– Dlaczego Artur? Może wymyślimy coś bardziej oryginalnego, teraz wszyscy nadają dzieciom imiona takie jak Sławomir czy Kazimierz, może wymyślimy coś ciekawszego?

– Może wtedy Mirosław?

– No tak, to ciekawe imię. A jeśli to będzie dziewczynka?

– Może nazwiemy ją Kasia – zaproponował Kacper, patrząc mi prosto w oczy.

Zastanowiłam się – to imię często przewijało się w jego słowniku. Wiele osób mówiło mi, że widzieli mojego męża z inną kobietą. Wiedziałam, że nazywa się Kasia. Te rozmowy trwały od dwóch, trzech miesięcy, on ciągle się spóźniał i zachowywał się dziwnie. Starałam się nie zwracać na to uwagi, choć prawdopodobnie zdradzał mnie, ale to tylko męska natura – pobawi się i zostawi. Przecież mamy prawdziwe, głębokie zaufanie, a z tą dziewczyną dopiero się poznali. Oczywiście wybierze mnie i nasze dzieci, nie mam co do tego wątpliwości. Dlatego czekałam, aż sam się przyzna i delikatnie dawałam mu do zrozumienia, że wiem o jego tajnym romansie.

– Kasia to znajome imię, gdzieś je już słyszałam. Czy przypadkiem nie masz takiej koleżanki? – Spojrzałam na męża uważnie, a on zaczął nerwowo klikać palcami, licząc, że tylko żartuję. Zauważyłam, że się denerwuje, więc postanowiłam złagodzić sytuację:

– No dobrze, chyba mi się wydawało. Zdaje się, że kiedyś wspominałeś o jakiejś Kasi z pracy, prawda? – zapytałam.

– Tak, tak – z ulgą przytaknął Kacper – w księgowości pracuje Kasia.

– Dobrze, dobrze. I chcesz nazwać nasze dziecko imieniem Kasi z księgowości?

– Co ty mówisz? Przestań już z tą Kasią z księgowości, może po prostu podoba mi się to imię? Zaczynasz mnie męczyć swoimi podejrzeniami! – niespodziewanie wybuchnął mąż.

Nie rozumiałam takiej nagłej agresji. Zgodziłam się z nim i po prostu zasnęłam. Całą noc śniły mi się koszmary, jakieś nieprzyjemne sny. Było mi jakoś dziwnie i ciężko. Nie wiem dlaczego, ale coś we mnie wywoływało taką burzę, takie uczucie ciężaru. Pomyślałam, że to przez to, że mój organizm teraz skupia wszystkie siły na rozwijaniu dziecka we mnie.

Rano postanowiłam, że po pracy pójdę na badanie i zarejestruję się u mojego ginekologa, aby wszystko było w porządku. Potem postanowiłam się nagrodzić witaminami, wybrać ubrania dla dziecka, zobaczyć, co zostało po młodszej, i wtedy będzie mi trochę łatwiej. Dobrze, że niczego nie wyrzuciłam ani nie rozdałam, zostawiłam na wszelki wypadek, jakby wiedząc, że będziemy mieć kolejne dziecko.

Męża rano nie było w łóżku, chociaż ostatnio wychodziliśmy do pracy osobno, bo zmienił pracę, to jednak zawsze go widywałam, gdy wstawał z łóżka. „Miałam dziś naprawdę twardy sen, rumianek, który Kacper zaparzył mi przed snem, zadziałał świetnie” – pomyślałam, wstając z łóżka.

Zauważyłam, że niektóre jego rzeczy i buty z korytarza też zniknęły, ale nie zwróciłam na to uwagi. „Może posprzątał przed snem albo przeniósł część rzeczy do

swojego nowego domu… wygodniej mu będzie kursować między dwoma domami. Wieczorem na pewno go o to zapytam, a właściwie postawię mu to wprost, że wiem o wszystkim.” Z tą myślą zebrałam dzieci do szkoły, ubrałam się i poszłam na przystanek, żeby dojechać do pracy.

Zazwyczaj rano wysyłał mi SMS, że bezpiecznie dotarł, ale dzisiaj niczego nie było, a ja nie mogłam się do niego dodzwonić. Abonent był poza zasięgiem, co bardzo mnie niepokoiło. W pracy chciałam od razu ogłosić, że jestem w ciąży, ale postanowiłam jeszcze z tym poczekać. Pierwszą połowę dnia byłam jak na szpilkach. Co pięć minut dzwoniłam do męża i słyszałam tylko sygnał.

„Coś się mu stało? Może źle się poczuł? Może w ogóle został w domu? Może wezwać pogotowie? Muszę biec. Gdzie mam biec? Co robić? Jak się z nim skontaktować?” – myśli kotłowały się w mojej głowie, a ja nie mogłam sobie z nimi poradzić. Było trudno je opanować, a mój ciążowy umysł dodatkowo wzmacniał strach i niepokój.

W końcu zadzwonił telefon, gdy otwierałam swoje pudełko z obiadem. Z wielkim niepokojem odebrałam, a potem zaczęłam mówić jak oszalała:

– Halo, gdzie jesteś? Co się stało? Dlaczego twoje rzeczy zniknęły z szafy? Co się dzieje? Źle się czujesz? Jesteś w pracy? Mam przyjechać? – Byłam w ogromnej panice, a przecież początkowo nie chciałam tego pokazywać. Ale moje nerwy i ciążowy stan nie pozwoliły mi się opanować.

– Anka, zamilcz, muszę ci coś powiedzieć – chłodno powiedział Kacper.

Przełknęłam ślinę i nagle zrobiło mi się naprawdę strasznie. Starałam się zachować spokój, ale szło mi to bardzo źle.

– Musimy się rozwieść – te słowa uderzyły mnie jak obuchem w głowę. To nie może być prawda! Na pewno to kolejny jego wybuch emocji i nonsensowne „pomysły”. Przez te wszystkie lata słyszałam to już wiele razy, kiedy w gniewie mówił coś takiego podczas kłótni, sugerując, że „jeśli coś ci nie pasuje, możemy się rozwieść”. Ale tym razem zadzwonił do mnie zupełnie spokojny, bez żadnych emocji, i powiedział to zimnym, beznamiętnym głosem.

– Dlaczego? Co się stało? A co z naszymi dziećmi? Spędziliśmy razem tyle lat. Nie możesz po prostu odejść i mnie zostawić. Zawsze byłam ci wierna. Robiłam wszystko dla ciebie, a ty tak po prostu mnie zostawiasz – mówiłam cicho, żeby nikt nie usłyszał. – Jeśli chodzi o twoją „koleżankę” i jeśli to przez nią, to wiem o niej, i ci wybaczę. Tylko wróć, proszę.

– Wiesz, Aniu, po prostu mam cię dość. Znudziłem się tobą. Mam już dosyć widzenia twojej twarzy każdego dnia, widzenia jej, gdy się budzę i zasypiam, kiedy jem, kiedy śpię – zawsze. Spędziliśmy razem dwadzieścia lat, to więcej, niż spędziłem z własną matką. Zmęczyłem się tym wszystkim, twoimi napadami złości i ciągłym narzekaniem, naszymi dziećmi.

– Jakimi napadami złości? To przecież ty zawsze krzyczałeś na mnie! I nie mów źle o dzieciach, nie wybaczę ci tego.

– Właśnie o tym mówię. Powiem ci jedno, a ty mi pięć razy odpowiesz. Po prostu zamknij się i posłuchaj mnie teraz – zaczął krzyczeć i w ogóle mnie nie słuchał. – Mogę spotykać się z nimi raz w tygodniu, nie chcę być złym ojcem. I tak, będę płacił alimenty dla młodszej, ale po prostu mam cię dość. Widzę ciebie w naszych dzieciach. Twoje cechy charakteru i maniery, i to mnie przeraża. A Kasia jest taka lekka, ona sprawia, że czuję się szczęśliwy, słucha mnie, dobrze gotuje i w ogóle zachowuje się jak prawdziwa kobieta, a ty robisz ze mnie każdego dnia głupka.

– Naprawdę ona jest lepsza ode mnie? – powiedziałam, jakby dobijałam się sama. Czułam się żałosna i nieatrakcyjna.

– Ma piękną figurę, ładną buzię. Mówiłem ci sto razy, żebyś schudła, ale ty nadal jesz więcej ode mnie i lenisz się. Czy tak powinny wyglądać kobiety? W ogóle mnie nie pociągasz, a kiedy otwierasz usta, jest tylko gorzej.

– Spędziliśmy razem dwadzieścia lat. Kupiliśmy mieszkanie, samochód, urodziliśmy dzieci. Jestem w ciąży, jak możesz tak postąpić?

– Po prostu chcesz, żebym został przy tobie, ale mi na tobie nie zależy. Urodzisz sama, dam ci pieniądze. Nie dzwoń na ten numer, spotkamy się w sądzie. – Rozłączył się, a ja usłyszałam sygnał. Mój świat się zawalił. Wokół mnie byli koledzy z pracy, ale nie słyszeli, co się działo w telefonie. Słyszałam te wszystkie okropności, ale starałam się nie reagować. Moja twarz uśmiechała się, siedziałam prosto, jak zawsze, i udawałam, że to była zwykła rozmowa służbowa. W powietrze powiedziałam tylko: „Dziękuję, do widzenia”, odłożyłam telefon i odwróciłam się do komputera. Koleżanka obok usłyszała urywki rozmowy.

– Aniu, wszystko w porządku? – zapytała zaniepokojona.

– Tak, wszystko dobrze, mąż ma zły humor, chciał się pokłócić, ale wszystko w porządku – starałam się nie okazywać emocji i nikomu o niczym nie mówić. Było mi bardzo ciężko.

Nie powiedziałam nic dzieciom, oprócz starszego syna, któremu wyjaśniłam, że będziemy żyć oddzielnie od ojca. Rozumiał, że między nami powstała przepaść. Młodszej powiedzieliśmy, że tata wyjechał w delegację. Miałam nadzieję, że to wszystko to tylko żart i że on wróci.

Tego samego dnia, kiedy usłyszałam te straszne wiadomości, które po prostu mnie zniszczyły, zamiast iść na badania, zapisałam się na aborcję. W szpitalu próbowali mnie od tego odwieść, ale powiedziałam, że mąż mnie opuścił, a ja mam już dwójkę dzieci. Zrozumieli moją sytuację i po kilku dniach nie było już mojego dziecka. Nie uroniłam ani jednej łzy. Czułam się, jakbym straciła zdolność odczuwania. Byłam kiedyś wrażliwa i życzliwa, ale już nigdy nie będę taka jak dawniej. Jakbym umarła wewnętrznie, ale otoczenie tego nie zauważyło. Nie rozmawiałam o swoim bólu z przyjaciółkami, jak to zwykle robią kobiety przy winie, gdy inne krzyczą: „To on jest winny, jest podły i ciebie nie jest wart.” Po prostu cierpiałam w milczeniu.

Wydawało mi się, że w ten sposób mogę przetrwać ten trudny moment w życiu, że mogę po prostu to przemilczeć i udawać, że nic się nie stało. Starałam się nie zagłębiać w siebie, nie szukać w sobie winy, ale za każdym razem, gdy przechodziłam obok lustra, widziałam w nim zmęczoną, starą kobietę z pustymi oczami, i myślałam: „No tak, dlatego cię zostawił.”

Postanowiłam zacząć nowe życie. Na początku, z powodu stresu, nie mogłam spać

ani jeść, ale mimo wszystko udało mi się pozbyć tych negatywnych emocji, które mi przyniósł, i zrozumieć, że powiedział to wszystko w gniewie i że na pewno wróci do mnie. Od ciągłego stresu schudłam dwadzieścia kilogramów. Nigdy nie ważyłam tak mało, zawsze byłam pulchna, trochę niezgrabna, musiałam kupować ubrania w specjalnych sklepach, ale teraz byłam zadowolona, że mogłam sobie pozwolić na to, czego wcześniej nie mogłam – sukienki, spódnice i obcasy. W ogóle stałam się inną osobą, czasem nawet ludzie nazywali mnie „dziewczyną”, a nie „kobietą”, jak to było wcześniej, i sprawiało mi to ogromną przyjemność.

Mój starszy syn wspierał mnie na każdym kroku i zasugerował, żebym zapisała się na siłownię. Zrobiłam to. Razem zaczęliśmy chodzić na siłownię, a z córką – na basen. Po kilku miesiącach mężczyźni zaczęli okazywać mi zainteresowanie, przynosić kwiaty i starać się o moje względy. Tak, to mi się podobało, ale nie chciałam wchodzić w żadne nowe związki, bo moje serce wciąż krwawiło, nawet po niemal roku od odejścia męża.

Dbałam o dzieci, pracowałam, ale starałam się poświęcać jak najwięcej czasu sobie i swojemu rozwojowi. Wszystko zaczęło się układać, ale po roku spotkało mnie ogromne nieszczęście, na które zupełnie nie byłam przygotowana.

O piątej rano zadzwonił telefon. Zaspana odebrałam go, nie sprawdzając, kto dzwoni. To był mój ojciec, z którym od wielu lat miałam mało kontaktu, dzwonił tylko w wyjątkowych sytuacjach.

– Halo, czemu tak wcześnie? Co się stało? – wymamrotałam, zerkając na zegar.

– Aniu, przyjeżdżaj, mama zmarła.

Omal nie oszalałam, ale nie mogłam zapłakać. Wszystko we mnie kipiało, było mi strasznie ciężko przeżyć dwie straty w tak krótkim czasie.

– Już jadę – odłożyłam słuchawkę, ubrałam się w pierwsze lepsze ubrania i jak w amoku wezwałam taksówkę. Ojciec od wielu lat mieszkał w innym mieście, bo od dawna byli z mamą po rozwodzie. Mało się z nim widywałam, ale teraz musieliśmy się wszyscy spotkać z powodu tej tragedii.

Pogrzeb, żałoba, dzieci, krewni, stypa. Wszystko działo się tak szybko i automatycznie, że nie zdążyłam niczego przeżyć, wszystko przyszło do mnie dziesięć dni po drugiej stypie. Nie mogłam płakać, ale serce bolało i rozrywało się na kawałki. Było mi strasznie źle, nie wiedziałam, jak złagodzić ten ból. Postanowiliśmy wynająć mieszkanie mojej mamy, bo sprzedać go nie chciałam. W ostatni dzień przed wynajmem zdecydowałam się wejść do mieszkania mamy.

Wszystko wyglądało tak, jak w dzieciństwie. Moja stara sypialnia była pełna zabawek, nikt jeszcze nie zdążył posprzątać, z jedną tylko różnicą – pokój był pełen kwiatów w doniczkach. Nie myśląc wiele, zabrałam wszystkie te kwiaty, i postanowiłam zająć się ogrodnictwem. To pomogło mi zagoić rany, zachować pamięć o mamie i przynieść mi spokój.

To był długi, ciężki proces, ale z czasem udało mi się otworzyć własną kwiaciarnię. Dochody zaczęły przychodzić dopiero po pół roku. Wtedy zrezygnowałam z pracy, zatrudniłam florystki i w końcu zaczęłam czuć się szczęśliwa. Zapomniałam o swoim mężu, pogodziłam się ze śmiercią mamy, i wszystko zaczęło się układać. Pewnego dnia pojechałam sprawdzić, jak radzą sobie moje nowe florystki, byłam bardzo podekscytowana, więc zaczęłam się przygotowywać od samego rana, żeby wyglądać jak prawdziwa szefowa.

– Dzień dobry, pani Anno! – powitały mnie dziewczyny.

– Dzień dobry. Udawajcie, że mnie tu nie ma, po prostu sprawdzę kwiaty i stan sklepu, a wy pracujcie, nie przeszkadzam wam.

Kiwnęły głowami, a wtedy do sklepu wszedł przystojny mężczyzna w czarnym płaszczu. Po chwili kupił bukiet białych lilii.

Patrzyłam, jak dziewczyny obsługują klienta i byłam pod wrażeniem ich profesjonalizmu. Zrozumiałam, że mogę im zaufać i poszłam załatwiać swoje sprawy.

Miesiąc później znowu przyszłam na krótką inspekcję.

Opowiedziały mi, że ten tajemniczy mężczyzna w czarnym płaszczu pojawia się u nich prawie codziennie. Pomyślałam, że musi mieć bardzo szczęśliwą żonę, skoro tak bardzo lubi wręczać kwiaty. Kiedy przeglądałam bukiety, ten nieznajomy pojawił się ponownie.

– Dzień dobry, proszę panie, przygotujcie mi najpiękniejszy bukiet, jaki macie.

– Czy to jakaś szczególna okazja? – zapytały.

– Bardzo, to dla mnie najważniejszy dzień.

Dziewczyny szybko przygotowały najdroższy bukiet, jaki mogły. Mężczyzna podszedł do mnie i wręczył go. Byłam zaskoczona i nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Chciałbym poznać cię w jakimś wyjątkowym miejscu i przy innych okolicznościach, ale myślę, że teraz jest na to najlepszy moment.

Byłam oszołomiona, ale przyjęłam ten wspaniały prezent. Zaprosił mnie na randkę, i spotkaliśmy się tego samego dnia przy filiżance kawy.

Okazało się, że jego mama, która była ciężko chora, przeprowadziła się niedawno do naszej okolicy. Codziennie kupował dla niej kwiaty, żeby poprawić jej nastrój i sprawić radość w szpitalu.

Tak właśnie poznałam Andrzeja – tego tajemniczego mężczyznę w czarnym płaszczu, jego mamę i córkę, która miała wtedy piętnaście lat. Staliśmy się dobrymi przyjaciółmi i często się spotykaliśmy. Dowiedziałam się, że Andrzej to bardzo dobry i troskliwy człowiek, który poświęcał dużo czasu swojej chorej matce.

– Mamo, weź dla nas kredyt! Czy to takie trudne? Potrzebujemy mieszkania!

Od tego czasu zaczęliśmy się częściej spotykać, a ja odkryłam, że to samotny mężczyzna, który żyje tylko dla swojej rodziny. Bardzo kocha swoją córkę i matkę, i robi wszystko, by byli szczęśliwi. Zaczęliśmy się spotykać i spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Wiedziałam, że on jest tym jedynym, i byliśmy razem szczęśliwi. Jestem wdzięczna losowi, że nasze drogi się zeszły, i że znaleźliśmy siebie nawzajem. Teraz żyjemy razem i dbamy o siebie, jak tylko możemy. Nasze dzieci dobrze się dogadują, i mogę z pewnością powiedzieć – znalazłam swoje szczęście.