— Podsłuchałam cię, wiem już wszystko — powiedziałam mężowi

— Między nami wszystko skończone, kochanie — te słowa zabrzmiały dla Szymona jak „grom z jasnego nieba”. Choć w pokoju było dość ciemno, nawet przy słabym świetle nocnej lampki zauważyłam, jak bardzo pobladł. Zapanowała grobowa cisza, którą po chwili przerwał mąż. Z gracją dzikiego kota rzucił się ku mnie i upadł na kolana. Objął moje nogi rękoma i zaczął błagać, bym nic nie mówiła synowi. „Ciekawe, czym wcześniej myślałeś? — pomyślałam — Nie, kochany. Tym razem dam ci lekcję, której długo nie zapomnisz” — postanowiłam stanowczo. Poszłam mu na rękę, syn niczego się nie dowiedział, ale mąż otrzymał nauczkę, która pozostanie w jego pamięci na zawsze…

***

— Magda, proszę, nie mów teraz nic, dobrze? — wróciwszy z pracy, Szymon starał się unikać mojego wzroku.

— Serio? Jak to rozumieć: „nie mów nic”? — zapytałam, owinięta w ciepły koc.

— Na zewnątrz pada deszcz, wyobraź sobie. A zapowiadali upał, jak w Taszkencie, ot synoptycy — wymruczał mąż, zdejmując przemoczoną marynarkę. Powiesił mokre rzeczy na suszarce i udał się do łazienki.

„Jak to możliwe, że przemókł do suchej nitki, skoro mówił, że weźmie taksówkę?” — przypomniałam sobie naszą niedawną rozmowę telefoniczną.

— Kochanie, przecież mówiłeś, że zamówisz taksówkę z firmy? — krzyknęłam głośno, starając się przekrzyczeć dźwięk lejącej się w łazience wody.

— A co? Taksówka? Nie… Sytuacja się zmieniła, kochanie. Odprowadzałem koleżankę z pracy, a nie mieliśmy parasola. Rozumiesz, jej mąż miał ją odebrać, ale nie przyszedł. Mieszka niedaleko nas. Nie denerwuj się, dobrze? — odpowiedział, delikatnie obejmując mnie w talii. — Dobra, idę spać, już późno.

Zamilkłam, starając się nie zaprzątać sobie głowy nieprzyjemnymi myślami. Ale myśli, jak w piosence, galopowały w mojej głowie niczym rozszalałe konie. „Z jednej strony, dobrze postąpił, odprowadzając bezbronną kobietę do domu. Na dworze jest późno, różnie mogło być. Czemu miałabym go ganić? Prawdopodobnie to tylko moje nerwy” — próbowałam uspokoić siebie w myślach.

Po zażyciu tabletki nasennej i uspokojeniu się, poszłam do sypialni. Mój ukochany spał już głębokim snem, wtulony w poduszkę. Cicho odsunęłam kołdrę i położyłam się obok, starając się go nie zbudzić. „Dobra, Magda, idź spać, jutro będzie lepiej, czas pokaże” — pomyślałam.

Jak się okazało, moje podejrzenia nie były bezpodstawne. Czas rzeczywiście pokazał prawdę i wszystko się wyjaśniło. Od tamtej nocy Szymon niemal codziennie podwoził tę sąsiadkę z pracy, zarówno do pracy, jak i z powrotem. Dopiero później dowiedziałam się, że tego feralnego, deszczowego dnia, zaczął się ich gorący romans w pracy.

Aby lepiej zrozumieć tę historię, pozwolę sobie opowiedzieć krótką historię naszego małżeństwa. Poznaliśmy się jeszcze na studiach, w gronie wspólnych znajomych. Ja byłam na pierwszym roku, on na trzecim. Po ukończeniu studiów i zdobyciu dyplomu, Szymon poszedł do wojska. Dwa lata minęły jak jeden dzień, a po demobilizacji ja również ukończyłam studia, dumnie odbierając dyplom nauczyciela historii.

Szymon od dawna podobał się moim rodzicom, jeszcze od czasów studenckich. A co dopiero mówić o moich koleżankach? Już wtedy po cichu mi zazdrościły, a teraz tym bardziej. Jak mogło być inaczej? Wysoki, przystojny mężczyzna w błękitnym berecie, z afgańskimi odznaczeniami, wywierał ogromne wrażenie na wszystkich wokół, w tym na moich niezamężnych koleżankach. Tak, wtedy trochę się na niego denerwowałam, co tu dużo mówić. Ale mimo licznych spojrzeń w jego stronę i kokieteryjnego zachowania moich miłych przyjaciółek, nie miałam powodów, by wątpić w jego poważne zamiary wobec naszego związku. Jeszcze na studiach poprosił mnie o rękę, a ja się zgodziłam. Postanowiliśmy najpierw zdobyć wykształcenie, by stać pewnie na nogach.

Rodzice nie mieli nic przeciwko tej decyzji, co nas, „młodych i pełnych nadziei”, bardzo ucieszyło. Rok po jego służbie i moich studiach pobraliśmy się. Rok później urodził się nasz uroczy synek, którego nazwaliśmy Aleksander, na cześć mojego ojca.

Jako młode małżeństwo dostaliśmy pokój w małym mieszkaniu, z czego bardzo się cieszyliśmy. Wreszcie prawdziwa wolność! Oczywiście, nasza radość nie miała granic, bo życie w jednopokojowym mieszkaniu rodziców z małym dzieckiem było dalekie od ideału.

Wkrótce Alek poszedł do przedszkola, a my z mężem spędzaliśmy całe dnie w szkole. On uczył fizyki, ja historii. Czas płynął, syn dorastał, kraj się zmieniał. W latach dziewięćdziesiątych Szymon postanowił zająć się biznesem. Odszedł ze szkoły i wraz z przyjacielem z wojska założył spółdzielnię. Firma meblowa rozwijała się prężnie, a Szymon wkrótce stał się właścicielem dużego biznesu. Kupiliśmy mieszkanie, syn ukończył prestiżowy uniwersytet z wyróżnieniem, ożenił się i przeniósł do Gdyni.

Nasze życie małżeńskie toczyło się jak u większości par, które przeżyły razem ponad trzydzieści lat. Syn miał swoje życie, swoje problemy i radości. A my z mężem mieliśmy wzloty i upadki, jak to w życiu bywa. Życie płynęłoby dalej, przynosząc nam swoje niespodzianki, czasem miłe, czasem nie, gdyby nie jeden deszczowy dzień, kiedy mąż zgodził się odprowadzić ją do domu…

***

Po tamtej nocy mąż bardzo się zmienił. Zaczął późno wracać z pracy, stracił zainteresowanie mną jako kobietą, nie odbierał telefonów, stał się szorstki i drażliwy. Nigdy wcześniej nie zachowywał się tak przez wszystkie lata naszego małżeństwa. „Czyżby miał kogoś? Może ciągnie go do młodszych” — takie myśli coraz częściej przychodziły mi do głowy.

Podświadomie czułam, że coś przede mną ukrywa. Ale jak odkryć prawdę, skoro swoje „szkielety” starannie trzymał w szafie? Czułam, że oszaleję od tych natrętnych myśli i podejrzeń. W pracy wszystko mi leciało z rąk, aż pewnego dnia kolega z pracy, zauważywszy mój stan, ostrożnie zapytał:

— Magda, wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś codziennie wracała z pogrzebu.

Próbowałam się zaśmiać:

— Ledwo żyję.

Marek zdziwił się i uniósł brwi:

— Co masz na myśli?

Nie mogłam dłużej trzyma

ć tego w sobie i, zasłaniając twarz rękami, rozpłakałam się.

Przytulił mnie do siebie i zaczął uspokajać:

— Magda, przestań, co się stało? Mogę ci jakoś pomóc?

— Nie… Marek, nie — tylko to udało mi się powiedzieć, po czym znowu zalałam się łzami.

Marek spokojnie nalał wody z dystrybutora do plastikowego kubka i podał mi go.

— Dzięki — powiedziałam przez łzy i zrobiłam łyk.

— Uspokoiłaś się? To teraz opowiedz mi wszystko, jak na spowiedzi — jego brązowe oczy uważnie mnie obserwowały. — Kto cię skrzywdził, przyjaciółko?

Wtedy jakby przerwała się tama. Opowiedziałam mu wszystko, co mnie dręczyło od dłuższego czasu. Przyznałam się, że wątpię w uczciwość i wierność męża.

— Marek, czuję, że ma kogoś, ale… nie mogę tego udowodnić. Po prostu muszę poznać prawdę, rozumiesz?

— Wiem, jak ci pomóc — powiedział Marek i spojrzał mi prosto w oczy pełne łez — ale jesteś pewna, że chcesz znać taką prawdę?

Natychmiast się uspokoiłam, wzięłam głęboki oddech i powiedziałam zdecydowanie:

— Jestem tego pewna. To uwolni mnie od… Marek, bardzo cię proszę.

— Dobrze. Pomyślę, jak ci pomóc. A teraz szybko wytrzyj łzy, po pracy pogadamy, ok? Teraz nie czas na to.

Pod koniec dnia pracy odciągnął mnie na bok i wcisnął mi do ręki małe pudełeczko.

— Słuchaj, tu jest podsłuch, tak zwany „pluskwa”. Działa niezawodnie, sam sprawdziłem na swojej byłej.

Potem, rozglądając się dyskretnie na boki, zniżył głos i szeptem powiedział:

— Kiedy mąż nie będzie patrzył, przypnij tę rzecz do klapy jego marynarki albo włóż do kieszeni. Kiedy wróci z pracy, dyskretnie wyciągnij „pluskwę”. A potem, już z górki, sprawdź nagranie i wszystkie wątpliwości znikną. Oto twoje dowody i twoja prawda. Teraz możesz manipulować Szymonem, jak chcesz, nie będzie miał wyjścia.

— Marek, dziękuję ci — powiedziałam i przytuliłam go przyjacielsko.

— Drobiazg — odpowiedział skromnie i mrugnął do mnie na pożegnanie. — Bądź ostrożna.

***

Następnego dnia obudziłam się wcześniej niż zwykle. „No to nadszedł dzień sądu, kochany — uśmiechnęłam się do siebie — śmiało, Magda, z Bogiem”. Ostrożnie, żeby nie obudzić „mojego słonka”, zarzuciłam na siebie szlafrok i zdjęłam z wieszaka jego marynarkę. Otworzyłam cenne pudełeczko, wyjęłam „pluskwę” i włożyłam ją do kieszeni marynarki.

— Kochanie, czemu tak wcześnie wstałaś? Znowu bezsenność? — usłyszałam senny głos męża.

Zaskoczona, prawie upadłam z wrażenia. Powoli się odwróciłam, spodziewając się nieprzyjemnej rozmowy. Ale Szymon, ziewnąwszy głośno, przewrócił się na drugi bok i znów zaczął chrapać. „Dzięki Bogu, udało się” — przemknęło mi przez myśl. Delikatnie odwiesiłam marynarkę na miejsce, wsunęłam się pod kołdrę i oddałam się „w objęcia Morfeusza”, szczęśliwa, że dzisiaj mam dzień wolny i mogę spać, ile chcę.

Nie pamiętam, ile spałam, ale mogę powiedzieć jedno — tak spokojnie spałam chyba tylko w dzieciństwie. Śniło mi się Morze Bałtyckie, na które latem jeździłam z rodzicami na wakacje. We śnie łapałam rękami morskie ryby i z wielką przyjemnością burzyłam zamki z piasku, zbudowane na plaży przez kogoś innego. Obudził mnie promień słońca, ledwo przebijający się przez grube zasłony. „Pewnie już pora obiadu. Czas wstać” — z tą myślą energicznie odrzuciłam kołdrę, wskoczyłam w domowe kapcie i, nucąc pod nosem jakiś prosty motyw, ruszyłam do łazienki…

Szymon wrócił, jak można było się spodziewać, daleko po północy. „Ciekawe, co tym razem wymyśli? Pewnie głowił się przez całą drogę, co powiedzieć żonie” — pomyślałam obojętnie, ale z udawaną uśmiechem zawołałam:

— Kochanie, znowu zebranie się przeciągnęło?

W kuchni rozległ się dźwięk zagotowanego czajnika. Szymon wszedł do salonu i ciężko opadł na fotel.

— Trafiłaś, Magda. Te kontrole, rewizje — zawalili nas tym. W pracy totalny chaos — jak zwykle skłamał. — Ale nie martw się, to się wkrótce skończy.

Po tych słowach obojętnie pocałował mnie w policzek i życząc dobrej nocy, poszedł do sypialni.

— Oczywiście, kochanie, masz rację, to się wkrótce skończy — powiedziałam cicho, marząc tylko o tym, by szybko zasnął. Nie mogłam się doczekać, żeby sprawdzić podsłuch.

Tego wieczoru nie udało mi się zajrzeć do jego kieszeni — długo się przewracał, aż zasnął dopiero nad ranem. Ale gdy tylko świt zaczął się pojawiać na horyzoncie, już trzymałam w rękach upragnioną „pluskwę”. Postanowiłam nie ryzykować sprawdzania nagrania, dopóki mój kochany jest w domu. Pozostało mi tylko uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż wyjdzie do biura.

Po godzinie rozległ się dźwięk budzika, budząc mojego „pracusia”. Mąż wyjechał, a ja, nie mogąc się doczekać, drżącymi rękami włączyłam podsłuch. To, co usłyszałam, wprawiło mój umysł w stan lekkiego szoku…

***

Oto dialog, który usłyszałam:

— Nie bój się, ona nawet nie podejrzewa o nas. Zbyt dobrze ją znam, uwierz mi, kochanie — mówił mężczyzna. To był głos mojego „ukochanego” męża. Instynktownie zacisnęłam pięści z gniewu, ale słuchałam dalej.

Potem odezwało się „kochanie”:

— Szymon, bardzo cię kocham. Może powiedzmy jej prawdę — to nie może trwać wiecznie. Już teraz plotki krążą „na całą okolicę”, co będzie dalej z nami?

Usłyszałam odgłosy o charakterze, którego nie chciałam słyszeć. Uderzenia w skroniach stawały się coraz bardziej intensywne. Wszystko zamilkło, ale po chwili odezwał się ochrypły głos Szymona:

— Daria, jeszcze nie czas odkrywać karty. Czyż nie jest nam dobrze razem, Magda nic nie wie, a i syn nie ma pojęcia. Poczekaj jeszcze trochę, coś wymyślę. Już dawno jej nie kocham, przecież ci mówiłem. Daj mi czas, rozwiodę się i wyjedziemy gdzieś daleko, gdzie nie będzie niczego i nikogo, co mogłoby nam przeszkodzić.

Usłyszałam jeszcze kilka dźwięków, których nie mogłam znieść. Wściekła wyłączyłam nagranie i osunęłam się na podłogę. W moim sercu nie pozostało nic do tego człowieka. W jednej chwili zniszczył wszystko, co budowaliśmy przez tyle lat. Jak mógł tak postąpić po tylu wsp

ólnie spędzonych latach?

— No cóż, kochanie. Czekam na ciebie z niecierpliwością. Chciałeś wolności, to ją dostaniesz — powiedziałam przez zaciśnięte zęby. W mojej głowie powstał plan, który nawet mnie samej wydał się zabawny. Spojrzałam na zegar — było już popołudnie. „Czas jeszcze mamy” — powiedziałam do siebie — teraz wezwę ślusarza i „voilà”, czekamy na kochanego i, co najważniejsze, „wiernego” męża w domu. Z tymi myślami zadzwoniłam do „Biura usług”…

***

Ku mojemu zaskoczeniu, Szymon wrócił tego dnia wcześniej niż zwykle. Jak miał w zwyczaju, zaparkował samochód w garażu i z portfelem w ręku energicznie wskoczył po schodach na ganek. Ale trzeba było widzieć jego minę, gdy po nieudanej próbie otwarcia drzwi własnym kluczem, zamarł zdezorientowany. Siedziałam przy otwartym oknie i usłyszałam, jak zirytowany mruknął:

— Co za bzdury, nie rozumiem.

Sięgnął po telefon, a u mnie zadzwoniło.

— Słucham cię, kochanie — odpowiedziałam.

— Co to za żarty? Gdzie jesteś?

— Ja? Spójrz na balkon.

Odszedł od ganku i posłusznie spojrzał na balkon. Stałam tam, zalewając się histerycznym śmiechem.

— No i co, drogi mężu, wybawiłeś się do woli, co?

— Co ty, Magda? Nie rozumiem — odpowiedział zdezorientowany.

Mój śmiech nagle ustał.

— Doskonale rozumiesz, Szymonie. — Kontynuowałam.

— Podsłuchałam cię, wiem już wszystko — powiedziałam mężowi.

— Co ty mówisz, jaki podsłuch?

— Zwykły, jak w filmach szpiegowskich, nie widziałeś? Wiem o twojej nowej wybrance i o waszych wspólnych planach. Nie próbuj wchodzić do domu, nie uda ci się. Zmieniłam zamki, a drzwi, które sam montowałeś, wiesz, że nawet młotek im nie pomoże. A teraz wisienka na torcie, kochanie!

Z tymi słowami zrzuciłam w dół dwa drogie niemieckie walizki, których właściciel ledwo się uchylił.

— Oszalałaś?

— Żegnaj, kochanie — powiedziałam, posyłając mu pocałunek. — Przekaż ode mnie pozdrowienia dla twojego „słonka”.

— Ale…

— Żadnych „ale”. Jeśli się pojawisz, wezwę policję…

Godzinę później wyszłam na balkon mojego „fortu”, ale po nim ślad zaginął. Jak to się mówi „szukaj wiatru w polu”. Czekało mnie jeszcze długie postępowanie rozwodowe i podział majątku. Co do przyszłości mojego byłego męża, było mi to całkowicie obojętne, mówiąc szczerze.

Ale to już nieważne. Najważniejsze, że odzyskałam pełną wolność i uwolniłam się od lat kłamstw i fałszu. Teraz, nawet będąc sama, jestem szczęśliwa i niczego nie żałuję. Wiem na pewno, że teraz wszystko ułoży się dobrze.