Na swoje 70. urodziny zrobiłam sobie prezent – przepisałam swój dom na sąsiadkę. Anna opiekowała się mną bezinteresownie, więc postanowiłam jej podziękować. Po tym pierwszy raz od wielu lat przyjechał do mnie syn
Na swoje 70. urodziny zrobiłam sobie prezent – przepisałam swój dom na sąsiadkę Annę. Moim zdaniem, zasłużyła na to.
Po tym pierwszy raz od wielu lat przyjechał do mnie syn, już nawet nie liczyłam na to, że go zobaczę.
Mój syn ma 35 lat, już dawno zaczął żyć swoim życiem, a ja byłam mu obojętna. Ile razy do niego dzwoniłam, ile razy prosiłam, żeby przyjechał mnie odwiedzić – wszystko na darmo.
A ja chorowałam, dwa lata nie mogłam wstać z łóżka, a teraz ledwo chodzę – tylko do kuchni i do toalety. I oto niedawno w końcu się pojawił, bo poczuł, że spadek wymyka się z rąk.
Andrzej był moim jedynym synem, z mężem kupowaliśmy mu wszystko, czego tylko chciał, pozwalaliśmy na dosłownie wszystko.
Syn dorósł i stał się dorosłym człowiekiem. Tylko że dziecięce kaprysy i poczucie, że wszystko mu wolno, nigdzie nie zniknęły.
Andrzej szybko się ożenił, wziął sobie za żonę kobietę, może niezbyt piękną, ale za to uległą – dla niego to idealne.
Synowa robi wszystko – gotuje, pierze, prasuje, biega wokół niego, mimo że sama jeszcze pracuje na dwie zmiany jako kucharka w stołówce.
Przeprowadził się do niej – szczęście, że miała mieszkanie po babci, choć to stare budownictwo na obrzeżach miasta, ale jednak swoje.
Tak zaczęli razem żyć, na początku pracował jako windykator, ale potem mu się znudziło – rzucił pracę i przez trzy lata żył pod opieką żony.
Później znów zaczął pracować dorywczo, co jakiś czas.
Andrzej się nie przemęcza, a po co, skoro żona i tak daje mu trochę na wydatki.
Do mnie syn przyjeżdżał rzadko, zawsze mówił, że nie ma czasu, ale myślę, że to nie brak czasu, ale brak chęci.
Nie tylko nie przyjeżdżał, ale nawet nie dzwonił.
Kiedy mąż zachorował, dzwoniłam do syna, prosiłam, żeby przyjechał, żeby spotkał się z ojcem, może nawet po raz ostatni.
Ale nie przyjechał. Nawet gdy ojciec zmarł! Nie tylko nie pomógł mi wszystko zorganizować, ale w ogóle nie przyjechał, tłumacząc się, że jest przeziębiony.
Lata mijają, a ja zaczęłam chorować.
W ostatnich latach mojej choroby tylko raz przyjechał – żeby poprosić o pieniądze na samochód.
Wtedy oddałam mu wszystkie swoje oszczędności, zostawiłam sobie tylko trzy tysiące na wszelki wypadek.
Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że po tym syn zmieni swoje podejście do mnie i zbliżymy się, ale to się nie stało.
Znosiłam takie traktowanie, ale w końcu zrozumiałam, że nie doczekam się pomocy od syna.
Kilka lat temu dowiedziałam się, że córka sąsiadów – Anna, skończyła studia i wtedy pracowała jako pracownik socjalny.
Wtedy postanowiłam zwrócić się do niej, żeby jakoś mi pomogła. Tak Anna zaczęła opiekować się mną zupełnie bezinteresownie. Kupowała i przynosiła jedzenie, gotowała zupy, ziemniaki, różne kasze.
Sprzątała, zmywała naczynia, wyprowadzała mnie na dwór, żeby posiedzieć na ławce, pooddychać świeżym powietrzem. Tak to trwało przez długi czas.
Syn całkowicie o mnie zapomniał. Nigdy nie przyjeżdżał i nawet nie dzwonił.
Postanowiłam więc przepisać dom na Annę. Uznałam, że to będzie sprawiedliwe. Zrobiłam sobie taki prezent na 70. urodziny.
Chociaż dziewczyna nie chciała przyjąć tego spadku – wiedziała o istnieniu mojego syna i mówiła, że pomagała mi bezinteresownie. Ale nalegałam i sporządziłam testament na sąsiadkę.
Kiedy syn się o tym dowiedział, od razu do mnie zadzwonił, pierwszy raz od czterech lat sam zadzwonił i w złości zaczął mnie oskarżać. Ale nie czuję się winna, syn dostał to, na co zasłużył. Teraz syn się obraził i powiedział, że nigdy więcej do mnie nie przyjedzie.
Smutne, ale co zrobić, takie życie. Czasami mam wątpliwości, czy dobrze zrobiłam, pozbawiając rodzonego syna spadku?
