Dziesięć lat temu spakowałam swoje rzeczy i postanowiłam odejść od męża. Myślałam, że tego wieczoru przenocuję u swojej siostry, ale jej mąż nie pozwolił, nawet nie wpuścił mnie za próg

Dziesięć lat temu postanowiłam odejść od męża. Byliśmy małżeństwem zaledwie półtora roku, nie mieliśmy jeszcze dzieci z Michałem. Miałam 26 lat, mąż 28. Byliśmy młodzi, staraliśmy się udowodnić sobie nawzajem coś, walczyliśmy o przewagę.

Pochodzę ze wsi, przyjechałam do miasta na studia i tak zostałam. Mieszkaliśmy wtedy w malutkim jednopokojowym mieszkaniu, w którym wcześniej mieszkała babcia Michała. Moi rodzice na początku starali się nam pomagać finansowo, wysyłali paczki z wędlinami i różnymi przetworami.

Było ciężko, nie finansowo, ale emocjonalnie. Mama Michała mieszkała niedaleko: jeśli coś się działo, Michał mógł ją odwiedzić. A ja do swoich rodziców mogłam dotrzeć tylko na urlopie. Nie miałam komu się wypłakać. Poza kuzynką, ale rzadko się widywałyśmy. Ona miała męża, dziecko, a mieszkali daleko.

Anna, moja kuzynka, była starsza ode mnie o 2 lata, w młodości bardzo się przyjaźniłyśmy, ale to Anna wyszła za mąż jako pierwsza. Andrzej, jej mąż, był starszy od niej o 7 lat, już wtedy wydawał mi się poważny, rozważny, nawet trochę surowy. Choć nigdy nie słyszałam od niego ostrego słowa.

– Po prostu jest mądry, nawet bardzo, jeśli chodzi o życie – ciągle mówiła Anna. – Czuję się przy nim jak za kamiennym murem.

W rodzinie mojej siostry panowała harmonia i spokój, syn dorastał, ale nam z Michałem jakoś się nie układało. Pewnego razu bardzo się pokłóciliśmy, spakowałam torbę i postanowiłam odejść. Myślę sobie: nie zginę, zadzwonię teraz do Anny, przenocuję u niej. Nie będę nikomu przeszkadzać, przenocuję na kuchni, a za kilka dni wynajmę mieszkanie, złożę pozew o rozwód i będę żyła sama, skoro z Michałem się nie udało.

Wyskoczyłam z torbą w ciemną wrześniową noc, usiadłam na ławce i zaczęłam dzwonić do siostry.

– Na stałe? Z rzeczami? A Michał? Do nas? Rozumiem, że na kilka dni, ale muszę zapytać Andrzeja, jesteśmy rodziną, nie mogę podejmować takich decyzji sama – nagle zaskoczyła mnie Anna.

Bardzo mi się to nie spodobało, przyszłam do siostry z moim problemem, nie miałam dokąd pójść, a ona mówi, że musi zapytać męża? Co za rodzina!

Anna oddzwoniła po kilku minutach i powiedziała: – Przepraszam, ale Andrzej powiedział „nie”.

Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi. To było bolesne: jedyni bliscy ludzie odmówili pomocy właśnie wtedy, kiedy tak bardzo jej potrzebowałam. Nie rozmawiałam z nią przez prawie rok, a potem… A co miałam wtedy zrobić? Siedziałam na podwórku przez godzinę i wróciłam. Do mieszkania. Do męża.

– Usmażyłem ziemniaki – powiedział wtedy Michał takim tonem, jakby myślał, że po prostu wyszłam wyrzucić śmieci i mył naczynia po kolacji, dopóki nie rozpakowałam swoich rzeczy.

Jednym słowem, pogodziliśmy się wtedy z Michałem. Po tygodniu zrozumiałam, że spodziewam się dziecka. Nasza córka w tym roku skończyła 9 lat.

Pogodziliśmy się z siostrą na chrzcinach córki, Michał zaprosił Andrzeja na chrzestnego. Okazało się, że Michał tamtej dalekiej wrześniowej nocy zdążył zadzwonić do Andrzeja jako pierwszy. Poprosił, żeby mi odmówił schronienia, bo nie miałam dokąd pójść. Mąż przyznał, że patrzył z okna, gdybym odeszła z ławki, pobiegłby za mną.

– Ale i tak bym nie pozwolił – rozważa Andrzej – nawet bez telefonu od Michała. Nie ma sensu robić zamieszania i łazić z torbami w nocy. Ustalcie wszystko spokojnie, a potem podejmijcie decyzję. Bo jeśli byśmy cię wpuścili, a wasze kłótnie byłyby poważne, nie byłoby już rodziny.

Na początku byłam zła na Andrzeja, ale potem zrozumiałam, że tak było dobrze. W przypływie emocji można popełnić wiele błędów… A tak – wszystko wyszło na dobre. Pogodziliśmy się, mamy silną rodzinę, w której rośnie córka.