Rachunek 50/50 na pierwszej randce — dlaczego od niedawna proszę o rozdzielenie opłaty

Od razu przyznam, że należę do tych „dinozaurów”, którzy kiedyś z pełnym przekonaniem twierdzili, że prawdziwy mężczyzna na pierwszej randce powinien zapłacić rachunek. Teraz jednak jest zupełnie inaczej.

Dlaczego poruszam ten temat?

Zaczęło się od historii opowiedzianej przez znajomą. Młody mężczyzna przez cały rok starał się o jej względy na portalach społecznościowych, a potem SAM zaprosił ją na kawę do kawiarni. Wypili kawę, zjedli ciastka, a kiedy nadszedł moment płacenia, mężczyzna nagle zaczął pilnie przeglądać telefon, a koleżanka, chcąc uniknąć niezręcznej sytuacji, zapłaciła rachunek. Kwota nie była duża, ale pozostawiła niesmak.

Zaczęliśmy dyskutować i dzielić się własnymi poglądami na temat podobnych doświadczeń.

Od jakiegoś czasu przyjęłam zasadę, że jeśli idę na randkę, to od razu proponuję rozdzielenie rachunku.

Dlaczego tak robię?

Daje mi to przestrzeń do przemyśleń i zachowania własnych granic. Czuję się spokojna, pewna siebie. Idę na spotkanie, aby poznać osobę, wysłuchać jej historii i podzielić się swoimi. Nie idę po to, by korzystać z „męskiego obowiązku” płacenia.

Nieznany mi mężczyzna nic mi nie jest winien, tak samo jak ja nie jestem nic winna jemu. Przyszliśmy, aby porozmawiać, wypić herbatę lub kawę, poznać się.

Dla niektórych podział rachunku wydaje się wręcz szokujący. Jak to możliwe? Przecież od wieków było oczywiste, że mężczyzna płaci.

Ale żyjemy w XXI wieku.

Oczywiście mówię o sobie i o realiach życia w Polsce. W innych krajach, gdzie tradycje są mocno zakorzenione, taka propozycja mogłaby wprawić mężczyznę w zakłopotanie, a nawet złość. Ale opowiadam wyłącznie o moich doświadczeniach.

Dowiedziałam się też, że są kobiety, które chodzą na randki tylko po to, by zjeść coś drogiego. Dla mnie to anegdotka i katastrofa w jednym. Przecież nie ma wojny, pracy jest mnóstwo, a one zachowują się jak głodne wilki. Ale to nie o nich teraz.

Spotkałam się także z opowieściami o mężczyznach, którzy zapraszają kobiety do drogich restauracji, zamawiają, co chcą, a potem znikają, by zobaczyć, jak kobieta zareaguje. Szczerze mówiąc, to trochę niepoważne.

Kiedy na początku mówię kelnerowi o rozdzieleniu rachunku, pokazuję, że naprawdę przyszłam po to, by poznać osobę. Nie interesują mnie gry z chowaniem twarzy w telefonie, ani stresowanie się tym, co się wydarzy pod koniec wieczoru. W ten sposób eliminuję ryzyko niezręcznej sytuacji i mogę w pełni cieszyć się rozmową.

Co dalej?

Mężczyźni, którzy nigdy nie zaakceptują rozdzielania rachunku, z uśmiechem zapłacą za mnie i będą cieszyć się życiem.

Ci, którzy uważają to za świetny sposób na oszczędność, z radością przyjmą moją propozycję. I to po nich widać.

Natomiast ci, dla których podział rachunku to norma, mogą po prostu powiedzieć: „Okej, ale następnym razem ja płacę”. Szanują moje granice i ich nie naruszają.

Te niuanse warto brać pod uwagę, zamiast trzymać się starych standardów. To moje osobiste zdanie.

Znam dziewczyny, które tak poważnie podchodzą do tego „50/50”, że od razu odmawiają dalszego kontaktu, jeśli muszą zapłacić za siebie. Wychodzą na randkę, przychodzi moment płacenia, a one robią wielkie oczy i czerwienią się z oburzenia.

Gdyby od razu zaproponowały podział rachunku, uniknęłyby zakłopotania i złości.

Przed randką warto nastawić się na prawdziwą, szczerą rozmowę. Tylko wtedy można naprawdę poznać człowieka – jego gesty, uśmiech, sposób mówienia.

Wiem, że smutno patrzeć, jak czasy rycerzy już dawno minęły, ale możliwość podziału rachunku 50/50 to świetna opcja. Dzięki niej można spokojnie zakończyć kontakt, jeśli ktoś ci nie odpowiada, bez poczucia winy. Można uniknąć stresu i dowiedzieć się, jak dana osoba traktuje pieniądze.

Dlatego nie skupiaj się tak bardzo na rachunkach. Znacznie ważniejsze jest, aby podczas pierwszego spotkania wyczuć osobę, z którą rozmawiasz, i słuchać intuicji.