Córki nie mogły uwierzyć, że nie żartuję, przecież dom ma 100 metrów kwadratowych, a ja żadnej z nich nie zapraszam do siebie. Ale zdecydowałam, że tak będzie najlepiej, bo sama sobie zapracowałam na ten komfort. Córki odeszły i przestały się ze mną kontaktować, a mi jest przykro, bo i tak nie wzięłabym do siebie obu, a gdybym wzięła jedną – druga by się obraziła

– Mamo, naradziliśmy się z mężem i zdecydowaliśmy, że przeprowadzamy się do ciebie, będziemy mieszkać razem – oznajmiła mi radośnie starsza córka.

– A czy ja was do siebie zapraszałam? – zapytałam zdziwiona. – Będę tu mieszkać sama – mówię.

– No nieźle, a po co ci taki duży dom, mamo? Co, będziesz w nim tańczyć czy może wychodzisz za mąż? – pyta mnie młodsza.

– Tańczyć, wychodzić za mąż – to już nie wasza sprawa. Zapewniłam wam obu mieszkania, więc dalej radźcie sobie same, a ten dom kupiłam dla siebie.

Córki nie mogły uwierzyć, że nie żartuję, przecież dom ma 100 metrów kwadratowych, a ja żadnej z nich nie zapraszam do siebie. Ale zdecydowałam, że tak będzie najlepiej.

Pieniądze zarobione na emigracji nie przychodzą łatwo, a kiedy przyszło do tego, jak je wydać, poważnie się zastanowiłam. W Wielkiej Brytanii na zarobku byłam 20 lat. Wyjechałam wtedy, gdy zrozumiałam, że muszę jakoś pomóc dzieciom.

Z mężem mamy dwie córki. Mieszkaliśmy w naszym niewielkim domu za miastem. Dom był stary, wymagał remontu, i ciągle martwiłam się, że kiedy przyjdzie czas, córkom będzie wstyd przyprowadzić do domu narzeczonych.

Nie raz mówiłam mężowi, żeby trochę się ruszył. Ale on mnie nie słuchał, gdy inni mężczyźni już zaczęli jeździć na zarobek i zarabiać, mój leżał na kanapie i mówił, że nam wystarczy to, co mamy.

Dziewczyny dorosły, obie dostały się na uniwersytet i pojechały studiować do miasta wojewódzkiego. A mnie koleżanka zabrała do siebie do Wielkiej Brytanii. Od razu uprzedziła, że nie będzie łatwo, ale rozumiałam, że nie ma co liczyć na męża i trzeba jechać, żeby zarobić córkom na posag.

Kiedy starsza córka skończyła uniwersytet, miałam już zebraną potrzebną sumę na kawalerkę. Przyjechałam, kupiłam mieszkanie i od razu przepisałam na córkę.

Jeszcze po 4 latach kupiłam taką samą kawalerkę młodszej córce i też przepisałam ją na nią. W ten sposób uważałam, że spełniłam swój matczyny obowiązek – zapewniłam minimum, a dalej niech już ze swoimi mężami razem pracują i zarabiają.

Dalej zaczęłam zbierać pieniądze dla siebie i niedawno kupiłam sobie dom w naszej wsi. Jest duży, nowy, bardzo ładny. Planuję rozwieść się i kiedy wrócę, będę w nim mieszkać sama.

Pierwsza na oględziny domu przyszła starsza córka, od razu zaczęła planować, kto gdzie się wprowadzi. Uspokoiłam ją, mówię, to mój dom i będę w nim mieszkać sama.

Bardzo się obraziła, zadzwoniła do siostry. Przybiegła i młodsza córka, też miała nadzieję, że zaproszę ją do siebie, przecież u nas jest przyjęte, że przy rodzicach mieszkają młodsze dzieci. Ale obu im odmówiłam.

Córki odeszły i przestały się ze mną kontaktować, bo bardzo się obraziły. Nazywają mnie skąpą, mówią, że pieniądze bardzo mnie zmieniły i że żadna matka nie postąpiłaby tak, jak ja zrobiłam.

Pozew o rozwód już też złożyłam. Mąż nie ma nic przeciwko, przez tyle lat przywykł już żyć sam, może nawet kogoś ma, nie wiem. Dom, w którym mieszkaliśmy, zostawiam jemu. Więc tu wszystko jest w porządku.

Nie rozumiem tylko, o co dokładnie obraziły się moje córki, przecież przez te 20 lat bardzo im pomagałam, a teraz czas pomyśleć o sobie. Obu ich i tak bym do siebie nie wzięła, a wezmę jedną – druga się obrazi, więc to też nie jest wyjście. Kiedyś ten dom przekażę im obu, ale teraz chcę choć na starość odpocząć.

Swojej decyzji nie zmienię, zapracowałam sobie na taki komfort, ale przykro mi, że dzieci nie rozmawiają ze mną przez ten dom, chcę jakoś naprawić relacje z córkami, ale jak to zrobić?