Rodzice uznali, że nasz dom to ich prywatna własność. I prawie codziennie zaczęli przyprowadzać do nas gości

Kiedy wzięliśmy ślub, kupiliśmy z mężem mieszkanie. Na początku wszystko było dobrze. Miejsca nam wystarczało. Rano wstawaliśmy, biegliśmy do pracy, wieczorem, zmęczeni, wracaliśmy i każde miało własny kącik z komputerem. W weekendy podróżowaliśmy w różne ciekawe miejsca, czasem z przyjaciółmi, czasem sami. W naszym mieszkanku, niczym w gniazdku, zawsze było ciepło i przytulnie.

Nieco później urodził się nasz syn. I nasze gniazdko stało się ciasne. Mój mąż, Piotr, ma złote ręce – cokolwiek weźmie, wszystko doprowadzi do porządku. Postanowiliśmy zbudować własny dom. Kupiliśmy działkę ze starym domem, w którym można było tymczasowo mieszkać, i prace ruszyły pełną parą. Jednak naszych oszczędności wystarczyło tylko na wzniesienie ścian. Potem prace stanęły – brakowało pieniędzy. Budowa stropu wymagała dużej sumy.

Pomoc zaproponowała teściowa. Sprzedała swój dom rodzinny i połowę sumy podarowała nam. Dzięki temu zrobiliśmy strop w domu. Oczywiście, pracy było jeszcze mnóstwo. Ale rozumieliśmy, że tak szybko domu nie zbudujemy, gdy nie ma skąd wziąć pieniędzy. Pensje nie wystarczały, by szybko zrealizować wszystkie plany.

Właśnie wtedy trochę pomogli moi rodzice – oddali własne oszczędności.

I od tego momentu zaczęły się nieporozumienia. Z jakiegoś powodu rodzice uznali, że nasz dom to ich prywatna własność. I prawie codziennie zaczęli przyprowadzać do nas gości. Po prostu tak, żeby obejrzeć budynek.

Na początku na to nie reagowałam. Ale stopniowo obecność obcych ludzi na moim podwórku zaczęła mnie irytować. Zwłaszcza gdy trzeba było takim „gościom” przygotowywać herbatę.

Zwróciłam rodzicom uwagę. Ale zignorowali to. Wtedy postanowiłam działać radykalnie. Kupiłam kłódkę na bramę i zamknęłam ją na klucz.

Od tego czasu wizyty w naszym domu ustały. Jednak rodzice obrazili się na nas. Twierdzili, że przecież nam pomagali, więc mają prawo tu przychodzić.

— Odwiedzać nas – tak. Ale przyprowadzać do nas gości – nie trzeba. Wolę spokój i ciszę — odpowiedziałam nieco ostro.

To postawiło kropkę w tej sprawie. Rodzice jeszcze się na nas gniewali. Ale potem minęło trochę czasu i zaczęli nas odwiedzać. Tym razem już sami!

Cieszę się, że wszystko się ułożyło i znaleźliśmy wspólny język. A jak Wy postąpilibyście na moim miejscu?