Zawsze myślałam, że mam szczęście z mężem, ale ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy tak jest naprawdę

Relacje w rodzinie to nie zawsze miłość, zrozumienie i motyle w brzuchu. Zdarzają się też przeciwieństwa, gdy ludzie się kłócą, obrażają nawzajem i zachowują się tak, jakby to nie oni przysięgali sobie wierność przed ołtarzem. I to jest normalne! Negatywne emocje człowieka mają tendencję do gromadzenia się i wybuchania w najmniej odpowiednich momentach. Tak już bywa, nic na to nie poradzimy.

Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że dorośli ludzie, którzy się kochają, powinni umieć zażegnywać konflikty, zwłaszcza te, które w gruncie rzeczy zaczynają się od drobiazgów. Tak, to nie zawsze jest wygodne. Tak, zdarzają się urazy, a nawet obelgi. Ale to wszystko drobiazgi, jeśli w grę wchodzi szczęście waszej rodziny, harmonia i dobrobyt. Jeśli konfliktu nie da się rozwiązać polubownie, zaproście specjalistę, niech pomoże. Potem spróbujcie ponownie. Rozwiązanie problemu nie zawsze jest łatwe, ale istnieje, trzeba tylko włożyć w to trochę wysiłku.

Piszę tutaj, ponieważ nie wiem, z kim jeszcze mogłabym podzielić się swoimi emocjami i przeżyciami. Sama nie wiem, jak to się stało, ale przez jakąś głupotę moje małżeństwo jest teraz zagrożone. Albo będę musiała się pogodzić, poddać i ulec mojemu mężowi. A co z tego gorsze — muszę jeszcze zdecydować.

Mój mąż, Tomasz, jest informatykiem. Nie jakimś przestraszonym juniorem, ale solidnym midem. W niektórych firmach mógłby uchodzić nawet za seniora. Przynajmniej tak twierdzi. A to już są pieniądze i szacunek, muszę przyznać. Był już raz żonaty. Teraz ma 29 lat i nasza rodzina w pełni mnie satysfakcjonuje. Gdyby nie te momenty walki o przestrzeń życiową. Jak bardzo jestem tym zmęczona, nawet nie macie pojęcia.

Otóż mój mąż zostawił swoje poprzednie mieszkanie byłej żonie. Jakoś tam się dogadali w kwestiach finansowych i innych, nie wnikałam w to. Wyszło na to, że zamieszkaliśmy u mnie. Moje mieszkanie ma 2 duże pokoje, porządny remont, który kiedyś robiłam pod siebie, i w ogóle znajduje się w dobrej dzielnicy, więc nie ma z tym problemu. Tomasz zaproponował, że będzie osobiście opłacał rachunki, jedzenie, wypoczynek i inne bieżące wydatki. Na początku w pełni mi to odpowiadało.

Chociaż jestem młodsza od mojego męża, mój charakter różni się od jego diametralnie. Jestem przyzwyczajona do przyziemnych spraw i filozofii materializmu. A Tomasz — nie. Uprawia jogę, słucha jakiejś bardzo specyficznej muzyki, okresowo pości lub jest na surowej diecie. Nie jest mi to bliskie, ale Tomasz jest mi bardzo drogi i kocham go. Tak więc ze swoimi obowiązkami radzi sobie do dziś: mamy wszystkiego pod dostatkiem, mogę pozwolić sobie na zakupy z jego kartą i tym podobne rzeczy. Ale jest jeden problem.

Jak już wspomniałam, w swoim mieszkaniu robiłam remont pod siebie. To nie znaczy, że mam na ścianach różowe dziewczęce tapety i plakaty z Robertem Pattinsonem. Nie, zwykły nowoczesny wystrój, bez dywanów na podłodze i zbędnego chaosu wizualnego. Okazało się jednak, że Tomaszowi taki wystrój bardzo nie odpowiada. Zaproponował, byśmy przerobili jeden pokój tak, aby mógł w nim odpoczywać duszą i ciałem. Nic poważnego, tylko kosmetyczna zmiana aranżacji.

Po jednym dniu nie poznałam własnego domu. To był koszmar. Tu i tam wisiały łapacze snów, jakieś tkaniny z tybetańskimi napisami, rysunkami smoków, tygrysów i innymi bazgrołami. Pod nogami leżały egzotyczne bębny, wazony, fajki i różne inne graty. Była nawet jakaś maszynka, projektor. Wyświetlał na suficie laserowe wzory, pokazując w kółko animacje biegnących zwierząt lub modlących się mnichów. A pośrodku tego bałaganu siedział Tomasz w pozycji lotosu na jakichś specjalnych deskach. I medytował. Wywołało to we mnie tylko negatywne emocje.

Oczywiście taki układ mi nie odpowiadał. Od razu powiedziałam o tym mężowi. On jednak powołał się na naszą pierwotną umowę, a ja nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Jeszcze gorzej było słuchać moich przyjaciół, których specjalnie zaprosiłam do nas, żeby mnie wsparli i przekazali Tomaszowi, że w tej sytuacji nie ma racji. Nie, oni wręcz przeciwnie stanęli po stronie męża i zaczęli go chwalić za posiadanie własnego gustu i takich “egzotycznych” poglądów.

Najbardziej zszokowała mnie moja przyjaciółka, była koleżanka z klasy, z którą miałam szczególnie ciepłe relacje. Bez ogródek oskarżyła mnie o to, że sama nie dotrzymuję warunków umowy. Mówiła, że nie wstydzę się brać pieniędzy na zakupy, a komfortu Tomaszowi zapewnić nie mogę. Wyobraźcie to sobie. Znam ją ponad 10 lat, a mojego męża widziała może trzeci czy czwarty raz. I tak mnie wystawiła. Chociaż inni goście też byli tego wieczoru przeciwko mnie.

Co mi teraz pozostaje? Nie przypuszczałam, że nasza umowa będzie czymś w rodzaju kontraktu nieruchomości. Jak w hotelu: my dostarczamy wszystko, co potrzebne, a wy nam płacicie. Liczyłam na to, że będziemy rodziną. Urodzimy dzieci, będziemy żyć razem, rozwijać się i dorabiać. Albo po co w ogóle to wszystko?! A tu jeszcze wyszło na to, że jestem winna, bo nie chcę zamienić swojego mieszkania w rupieciarnię zadymioną kadzidełkami!

Tomasz nie jest konfliktowy, więc przez cały ten czas nie powiedział mi ani słowa. Ale od naszej rozmowy minęły już dwa dni. Niemniej jednak trzeba coś postanowić i to szybko. Bo te wszystkie śmieci nadal leżą w salonie. Całe szczęście, że śpię i odpoczywam w innym pokoju.

Poradźcie, jakie argumenty mogę zastosować w tej sytuacji? I jak powstrzymać swoje negatywne emocje? Wydaje mi się, że już wszystkiego próbowałam. Używałam logiki, zdarzało się, że wpadałam w histerię, nic nie pomaga. Ale nie chcę na razie zostać byłą żoną. Ani żyć w chlewie. Musi być jakaś alternatywa dla tego wszystkiego. Nie może to się tak skończyć, bezsensownie i głupio!