Lepiej, gdyby mąż mnie posłuchał i pojechał z rodzicami. Bo kiedy wieczorem wróciliśmy do domu i zajrzeliśmy do garażu, zobaczyliśmy, że jest zupełnie pusty. Przez kilka sekund staliśmy w milczeniu, bo nie mogliśmy zrozumieć, co mogło się stać. No przecież nie mogli nas tak szybko okraść, prawda? Mówię do męża – dzwoń do rodziców, zapytaj, co się stało, gdzie są nasze plony? Jakie było moje zdziwienie, kiedy teść spokojnym głosem powiedział, że cały zbiór zawieźli do swojego garażu. Według niego tak będzie wygodniej – i dla nich, żeby brać, i dla nas, żeby dowozić, i dla brata męża, żeby też mógł korzystać

– Obejdźmy się bez pomocy twoich rodziców – poprosiłam męża, jakby coś przeczuwała.

– Maria, no pomyśl sama – po co prosić obcych ludzi i płacić im, skoro tata ma przyczepę i wszystko nam zawiezie do domu.

Mąż był tak przekonujący, że w końcu się zgodziłam, i w sobotę postanowiliśmy spotkać się wszyscy na naszej działce.

Chodziło o to, żeby pomóc nam przewieźć plony z działki do domu. Mój mąż uznał, że jego rodzice mogą nam w tym pomóc.

Pobraliśmy się z Jarosławem pięć lat temu. Od początku nie najlepiej układało mi się z jego rodzicami. Powiedzieli, że zasługuje na lepszą żonę.

Było mi to naprawdę przykro, bo jestem młoda, ładna, mam wyższe wykształcenie, pracuję i sama na siebie zarabiam. Do tego nie jestem bez posagu – rodzice kupili mi kawalerkę, a po babci odziedziczyliśmy z mężem działkę. Czym im się więc nie spodobałam, nigdy nie mogłam zrozumieć.

Postanowiłam jednak nie zwracać na to uwagi. Żyje nam się z Jarosławem dobrze, a nic więcej nam nie potrzeba.

Działkę od razu postanowiliśmy wykorzystać, choć nikt nie wierzył, że coś nam z tego wyjdzie. Jarosław marzył o takiej aktywności – po pracy intelektualnej chciał odpocząć, trochę popracować fizycznie.

Zabraliśmy się do pracy z pełną odpowiedzialnością, więc w tym roku zebraliśmy całkiem niezłe plony. Osiem worków ziemniaków, dwa worki marchewki, worek buraków, dwa worki kapusty. Były też ogórki i pomidory, z których już latem zrobiłam przetwory. Zebraliśmy też całkiem sporo jabłek – kilka skrzynek.

Napracowaliśmy się, oczywiście, i wydaliśmy sporo pieniędzy, bo trzeba było kupić nasiona, nawozy, różne narzędzia – nawet nie wiem, czy to się nam zwróci. Ale dla nas ważny jest sam proces, a plon również.

W sobotę przyjechaliśmy na działkę, załadowaliśmy wszystko na przyczepę teścia. Ustaliliśmy, że on to wszystko zawiezie do naszego garażu. Mąż dał ojcu klucze.

Zrobiłam mały piknik na świeżym powietrzu – usmażyliśmy mięso i warzywa, chciałam jakoś podziękować teściom, że przyjechali, poświęcili czas i paliwo. Mąż dał im nawet za to worek ziemniaków.

Posiedzieliśmy trochę, wszystko załadowaliśmy na samochód, i nalegałam, by mąż pojechał z rodzicami i pomógł im to rozładować.

Ale Jarosław chciał zostać ze mną na działce, pozmywaliśmy naczynia, wszystko poukładaliśmy, bo przygotowujemy się już na zimę.

Lepiej by było, gdyby mąż mnie posłuchał i pojechał z rodzicami. Kiedy wieczorem wróciliśmy do domu i wjechaliśmy do garażu, zobaczyliśmy, że jest całkowicie pusty.

Staliśmy przez kilka sekund w milczeniu, bo nie rozumieliśmy, co mogło się stać. No bo jak nas mogli tak szybko okraść?

Mówię mężowi – dzwoń do rodziców, pytaj, co się stało, gdzie są nasze plony?

Jakie było moje zdziwienie, kiedy teść spokojnym głosem powiedział, że zabrali je do swojego garażu. Według niego tak będzie wygodniej i im, i nam, i bratu męża, żeby z tego korzystać.

W mojej głowie wszystko zaczęło się składać w całość. Chodziło o brata Jarosława. Teściowie bardzo go żałują, zawsze pomagają tylko jemu.

Mieli jedno mieszkanie, które oddali młodszemu synowi, bo on bardziej tego potrzebował. I tak jest we wszystkim. A teraz jeszcze nasz plon zabrali, żeby karmić młodszego synka.

– Rób, co chcesz, ale żeby jutro wszystko było w naszym garażu – ostrzegłam męża. – Nie będę żywić twojego brata. On, tak jak i twoi rodzice, ani razu nie przyjechał, żeby nam pomóc, więc dlaczego mam się teraz z nimi dzielić?

– Bo jesteśmy jedną rodziną i macie taki obowiązek – stwierdził teść.

– Ależ ty skąpa! Nawet ziemniaków nam żałujesz! – burknęła teściowa.

– Idźcie na rynek i kupcie sobie. Nic wam nie jesteśmy winni. Więc proszę zwrócić wszystko, włącznie z przetworami – nalegałam.

Oddali nam nie wszystko i z ciężkim sercem oraz głębokim przekonaniem, że jestem skąpa.

Nie obchodzi mnie to, po prostu postawiłam na swoim. Dobrze, że mąż mnie w tej sytuacji poparł.

Nadal nie mogę jednak zrozumieć – jak teściowie mogli tak postąpić? Na co liczyli?

Nasze relacje są teraz całkowicie zepsute, ale może to i lepiej, bo zdałam sobie sprawę, że z takimi ludźmi nie chcę mieć żadnych kontaktów.