Proszę nie myśleć, Mario, że czegoś od was chcemy, choć z boku może to wyglądać inaczej — usprawiedliwiała się przede mną matka mojego przyszłego zięcia. Swaty mojej córki, dla których specjalnie przyjechałam ze Szwecji, delikatnie mówiąc, nie udały się. A wszystko przez jedno moje nierozważnie wypowiedziane zdanie. Teraz obrażeni są na mnie i córka, i przyszły zięć, i jego mama, a ja szczerze nie rozumiem, co zrobiłam źle

Jestem emigrantką zarobkową, w Szwecji jestem już ponad 10 lat. W tym czasie kupiłam mieszkanie w nowym budownictwie, zrobiłam tam ładny remont, umeblowałam je i czekałam na odpowiedni moment, aby podarować to mieszkanie córce.

I oto niedawno Marta do mnie dzwoni i radosnym głosem oznajmia, że wychodzi za mąż. Trochę się zdziwiłam, bo nawet nigdy nie wspominała, że z kimś się spotyka, a tu już trzeba organizować wesele.

Narzeczonym mojej córki okazał się chłopak z jej pracy, Michał. Córka opisała mi go tak, jakby był najlepszym mężczyzną na świecie, i że kiedy przyjadę i go poznam, sama się o tym przekonam.

Nie zdążyłam jeszcze odłożyć słuchawki, gdy dzwoni do mnie moja rodzona siostra i wzburzonym głosem mówi, że moja Marta wybrała sobie niezbyt dobrą partię i że ten chłopak jest z nią tylko dla pieniędzy.

— Mario, to taka biedna rodzina! Nie Marta mu się podoba, a twoje pieniądze. A co, teściowa kupiła mieszkanie, można się przysiąść do takiego dobra! — rozważa głośno moja siostra.

Może i ma rację, ale lepiej by było, gdyby swoje myśli zatrzymała dla siebie, bo przyjechałam do domu już lekko nakręcona nieprzyjemnymi myślami.

— A Michał ma mieszkanie? — pytam córkę.

— Dlaczego zaczynasz, mamo? Wiem, że ciotka cię już nakręciła, ale uwierz, że tak nie jest. Michał na razie nie ma mieszkania, ale z czasem sam wszystko kupi — oburzona staje w obronie swojego narzeczonego córka.

Rozumiem ją, jest zakochana, więc widzi w swoim wybranku tylko to, co najlepsze. A ja przeżyłam życie, nasłuchałam się różnych historii i wiem, jak to czasem bywa.

Jednak postanowiłam nie spieszyć się z wnioskami i zdecydować, czy dawać, czy nie dawać mieszkanie młodym, kiedy pojadę do matki zięcia i sama na wszystko popatrzę.

Pojechaliśmy więc do wsi Michała. Okazało się, że wychowywała go tylko mama, bo ojca dawno już nie ma. To, co zobaczyłam od razu, bardzo mnie zasmuciło. Dom stary, przypominający letnią kuchnię, nawet nie wyobrażałam sobie, że tak można żyć.

Ale kiedy weszłam do środka, byłam miło zaskoczona — w domu było bardzo czysto i schludnie. Mama Michała nakryła ładny, dość obfity stół i zaczęła opowiadać o swoim życiu.

Od dawna jest wdową, syna wychowywała sama. Za granicę nie mogła wyjechać, bo miała leżącą matkę. Mimo że zarabiała niewiele, odkładała pieniądze synowi na edukację, bo bardzo chciała, by wybił się w ludzi.

— A co wy dacie swojemu synowi? — nie wytrzymałam i zapytałam.

Na te słowa Michał wyszedł z pokoju na podwórze, a moja córka pobiegła za nim.

— Może pani w to nie wierzy, ale niczego od was nie potrzebujemy — powiedziała mi mama Michała.

Kiedy wracaliśmy do domu, córka płakała.

— Mamo, po co to powiedziałaś? Czy nie mogłaś milczeć? Lepiej by było, gdybyś zaproponowała mamie Michała wyjazd z tobą za granicę — mówiła. — Co oni teraz o nas pomyślą? Że dla nas pieniądze są ważniejsze niż ludzie?

Zięć powiedział, że do mieszkania, które kupiłam dla córki, nie wprowadzi się. Chce wynająć coś. Córka nie chce nawet wesela, mówi, że po prostu wezmą ślub. Obrazili się wszyscy razem na mnie.

A ja nie rozumiem za co? Co zrobiłam nie tak? Po prostu zapytałam. Nasłuchałam się tutaj takich historii, że chciałam się zabezpieczyć. A wyszło jak wyszło.

Nie wiem, co teraz zrobić i jak naprawić sytuację.