On budował karierę, rozwiązywał ważne sprawy, a ona po prostu była w jego życiu. Aż wydarzyło się najgorsze…

Był przyzwyczajony, że ona zawsze jest w jego życiu. Po prostu była – nic więcej. Rano dzwoniła z pracy, pytając, czy zdążył zjeść śniadanie. A on reagował irytacją:

– Boże, jakie drobiazgi cię martwią!

Zawsze był zajęty – pracą, obowiązkami, budowaniem kariery. Rozwiązywał ważne sprawy, a ona po prostu była.

Ona wstawała do pracy bardzo wcześnie, o świcie. Zawsze zostawiała coś dla niego, żeby miał co zjeść przed wyjściem. A on? Nie zajmował się domowymi sprawami. Przecież ciężko pracował i był zmęczony. “Domem powinna zajmować się kobieta”, myślał. Przecież to partnerstwo: on zarabia, ona dba o dom i martwi się o niego.

W jego samochodzie zawsze znajdował się “Snickers” w schowku. To ona starannie kładła go tam każdego dnia, bo wiedziała, że często utknie w korkach, wracając głodny do domu. Za każdym razem, gryząc batonik, myślał:
– To typowe dla niej. Przecież to ona lubi te “Snickersy”, a ja tylko od nich tyję.

Ale mimo wszystko jadł. Bo był smaczny, bo był głodny, bo korek trwał w nieskończoność.

Ich życie było spokojne i ciche. Bez nagłych zwrotów akcji, bez wielkich emocji. On był, ona była – i to wystarczało.

Kiedy niespodziewanie trafiła do szpitala, myślał, że to nic poważnego. Ot, problem z sercem – kilka dni, może tydzień, i wróci do domu. Akurat miał mnóstwo pracy – projekt na finiszu, terminy gonią, a żona tak nie w porę wypadła z życia.

Ona uspokajała go, że wszystko jest w porządku, że ma się nie martwić i nie musi do niej przyjeżdżać. Przekonywała, że w szpitalu o nią dbają, karmią, i że czuje się jak w sanatorium.

Jednak pewnego dnia coś było nie tak. Nie zadzwoniła rano, żeby zapytać, czy zjadł śniadanie. Po raz pierwszy poczuł się nieswojo, tak, jak nigdy wcześniej. Strach i pustka ogarnęły go całkowicie.

Kilka godzin później zadzwonili ze szpitala. Jej stan nagle się pogorszył.

Pędził do samochodu, modląc się, żeby wszystko było dobrze, żeby wróciła do zdrowia, żeby było jak dawniej. Na drogach były korki. Z przyzwyczajenia otworzył schowek w samochodzie, ale “Snickersa” tam nie było.

Całą noc spędził w szpitalu. Siedział na ławce w korytarzu, spacerował nerwowo w tę i z powrotem, próbując ukryć łzy. Modlił się, błagał, żeby przeżyła, żeby znowu było dobrze.

W pewnym momencie przysiadł obok niego starzec o siwych włosach.
– Jest źle. Ona nie daje rady… – powiedział cicho.

Z przerażeniem spojrzał na niego.

– Chcesz, żebym ją przywrócił? – zapytał starzec.

– Tak! Tak! Zrobię wszystko! – odpowiedział bez wahania.

– Kup jej “Snickersa”, ona je tak kocha – powiedział spokojnie starzec.

Wybiegł na ulicę, w noc, w zimny wiatr. Pędził do najbliższego całodobowego sklepu.
– Ma pan szczęście, został ostatni – powiedziała sprzedawczyni, podając mu batonik.

Następnego ranka obudził się na szpitalnej ławce. Obok niego stała pielęgniarka.
– Przepraszam, że pana budzę. Pańską żonę przeniesiono na zwykłą salę. Może pan ją odwiedzić.

Otworzył z trudem oczy. Wydawało mu się, że śni. W ręku wciąż trzymał rozgrzany, lekko stopiony “Snickers”.

– Mój kochany – powiedziała żona z uśmiechem. – Jaki ty jesteś troskliwy.

Dopiero wtedy zrozumiał, ile dla niego znaczyła. Nie tylko była – ona była jego światem. I dopiero wtedy docenił, jak bardzo o niego dbała, jak bardzo go kochała.

To nie “Snickers” był dowodem miłości, ale drobne gesty, które dla niego robiła każdego dnia. Gesty, których wcześniej nie dostrzegał.