Kiedy wydaje się, że małżeństwa nie da się już uratować, zadaj mężowi lub żonie jedno pytanie
Przypowieść o tym, jak jedno zdanie może uratować związek
Moja starsza córka, Joanna, powiedziała mi niedawno:
– Kiedy byłam mała, najbardziej bałam się, że wy z mamą się rozwiedziecie. Ale gdy skończyłam dwanaście lat, pomyślałam, że może to i lepiej – przecież ciągle się kłóciliście!
Uśmiechnęła się i dodała:
– Cieszę się, że w końcu się dogadaliście.
Przez wiele lat ja i moja żona, Maria, prowadziliśmy zażarte kłótnie. Patrząc wstecz, nie bardzo rozumiem, jak w ogóle udało nam się wziąć ślub – nasze charaktery zupełnie do siebie nie pasowały. A im dłużej byliśmy małżeństwem, tym bardziej nasze różnice dawały o sobie znać. Bogactwo i sława wcale nie ułatwiły nam życia. Wręcz przeciwnie – problemy tylko się nawarstwiały. Napięcie między nami osiągnęło taki poziom, że nadchodzące tournée promujące moją nową książkę wydawało mi się zbawieniem – choćby i tymczasowym.
Kłóciliśmy się tak często, że trudno było wyobrazić sobie spokojne życie razem. Obrażaliśmy się na siebie, a każde z nas skrzętnie ukrywało ból za murami, które zbudowaliśmy wokół swoich serc. Byliśmy na skraju rozwodu i rozmawialiśmy o tym nie raz.
Byłem w trasie, gdy wszystko się załamało. Właśnie odbyliśmy kolejną burzliwą kłótnię przez telefon, po której Maria rzuciła słuchawką. Czułem złość, bezsilność i głęboką samotność. Zrozumiałem, że doszedłem do granic wytrzymałości – dłużej tak nie mogłem.
Zwróciłem się wtedy do Boga. A może raczej wybuchłem na Niego. Nie wiem, czy to, co krzyczałem wtedy z wściekłością, można nazwać modlitwą, ale te chwile wyryły się w mojej pamięci na zawsze. Stałem pod prysznicem w hotelu w Krakowie i krzyczałem do Boga, że to małżeństwo to pomyłka, że dłużej tak nie mogę. Myśl o rozwodzie była dla mnie odrażająca, ale ból wspólnego życia mnie wyniszczał.
Po chwili wściekłości i frustracji usiadłem na podłodze prysznica i rozpłakałem się. W tej ciemności rozpaczy przyszło olśnienie. Nie możesz jej zmienić, Adam. Możesz zmienić tylko siebie.
I zacząłem się modlić: Jeśli nie mogę jej zmienić, Panie, to zmień mnie. Modliłem się długo, aż do północy. Modliłem się następnego dnia podczas lotu do domu. Modliłem się, gdy stanąłem w progu, gdzie czekała na mnie chłodna żona, która prawdopodobnie nawet na mnie nie spojrzy.
Tej nocy, leżąc w naszym łóżku, tak blisko siebie, a jednocześnie tak daleko, zrozumiałem, co muszę zrobić.
“Jak mogę uczynić Twój dzień lepszym?”
Następnego ranka, jeszcze w łóżku, odwróciłem się do Marii i zapytałem:
– Jak mogę uczynić Twój dzień lepszym?
Maria spojrzała na mnie ze złością:
– Co?
– Jak mogę uczynić Twój dzień lepszym?
– W żaden sposób – odpowiedziała szorstko. – Dlaczego pytasz?
– Bo pytam poważnie. Po prostu chcę wiedzieć, co mogę zrobić.
Spojrzała na mnie z cynizmem.
– Chcesz coś zrobić? Dobrze, to posprzątaj kuchnię.
Wydawało się, że Maria oczekiwała wybuchu złości z mojej strony. Ale ja kiwnąłem głową.
– Dobrze.
Wstałem i posprzątałem kuchnię.
Następnego dnia zadałem to samo pytanie:
– Jak mogę uczynić Twój dzień lepszym?
– Posprzątaj garaż.
Wziąłem głęboki oddech. Miałem tego dnia mnóstwo pracy, a wiedziałem, że Maria celowo wybrała coś, co miało mnie zdenerwować. Ale zamiast się unieść, powiedziałem:
– Dobrze.
Wstałem i przez dwie godziny sprzątałem garaż. Maria nie wiedziała, co o tym myśleć.
Na trzeci dzień spytałem znowu. I znowu. W końcu, w połowie drugiego tygodnia, stało się coś niezwykłego.
Na moje pytanie Maria zalała się łzami.
– Przestań już pytać – powiedziała. – Problem nie leży w Tobie, ale we mnie. Wiem, że trudno ze mną wytrzymać. Nie rozumiem, dlaczego wciąż ze mną jesteś.
Spojrzałem jej w oczy i powiedziałem:
– Bo Cię kocham. Jak mogę uczynić Twój dzień lepszym?
Maria przytuliła się do mnie.
– Przepraszam za to, jaka byłam.
Od tego dnia nasze życie zaczęło się zmieniać.
Miłość to praca
Dziś, po trzydziestu latach małżeństwa, nie tylko kocham Marię, ale też naprawdę ją lubię. Uwielbiam z nią być. Odkryliśmy, że miłość to nie oczekiwanie zmian od drugiej osoby, ale gotowość do zmiany siebie. Bo prawdziwa miłość polega na pragnieniu szczęścia ukochanej osoby – czasem nawet kosztem własnego.
