Mąż napatrzył się na filmy w Internecie i wymyślił, że mam rzucić pracę i zostać tradycyjną żoną
Mody i trendy mają to do siebie, że wracają w cyklicznych falach. Tak samo jest z poglądami na życie i rodzinę. W czasach, gdy feminizm i niezależność kobiet zyskały ogromne poparcie, z Internetu zaczęły wypływać treści wychwalające „tradycyjne wartości rodzinne” rodem z lat 50. XX wieku. Domowe żony, aromat pieczonego ciasta i świeżo zaparzonej kawy, podane mężowi przed pracą – tak wygląda ten idylliczny obraz. Dla niektórych kobiet może to być sposób na życie, ale dla mnie? Okazało się, że to droga do końca mojego małżeństwa.
Poznałam Łukasza pięć lat temu. Zaczęło się klasycznie: randki, spacery, wspólne wieczory. Po roku postanowiliśmy zamieszkać razem – wynajęliśmy mieszkanie i zaczęliśmy dzielić codzienność. Były drobne sprzeczki, ale szybko się godziliśmy. Po roku zamieszkania razem podjęliśmy decyzję o ślubie. Chcieliśmy, by ceremonia była skromna – zaprosiliśmy tylko rodziców i bliskich przyjaciół, a uroczystość odbyła się bez wielkich fajerwerków. Byliśmy zadowoleni i mieliśmy wrażenie, że zaczynamy nowy, dobry rozdział życia.
Przez pierwsze trzy lata żyliśmy spokojnie. Nie rozmawialiśmy o dzieciach czy kredycie hipotecznym – uznaliśmy, że czas na takie decyzje jeszcze nadejdzie. Oboje pracowaliśmy, spędzaliśmy wieczory przy filmach i cieszyliśmy się weekendami. Ja pracowałam w biurze, a Łukasz był programistą. Miał możliwość pracy zdalnej, więc często siedział w domu przy komputerze.
Wszystko zmieniło się, gdy Łukasz zaczął spędzać mnóstwo czasu na jednym z popularnych forów internetowych. Dyskutowano tam o wszystkim: od polityki, przez niszowe tematy filmowe, aż po kontrowersyjne podejście do ról płciowych. Z początku nie zwracałam na to uwagi, uznając, że to jego sposób na relaks. Nie przewidziałam, że to forum stanie się początkiem naszych problemów.
Pewnego wieczoru, wracając zmęczona po pracy, postanowiłam zrobić sobie i Łukaszowi małą przyjemność – kupiłam nasze ulubione przekąski. Kiedy weszłam do domu, on siedział przed komputerem, oglądając jakiś film w słuchawkach. Pomyślałam, że dołączy do mnie, gdy skończy. Tymczasem, zamiast ciepłego powitania, usłyszałam krytykę.
Łukasz stwierdził, że na co dzień chodzę do pracy ładnie ubrana i umalowana, a w domu „przestaję się starać”. Zdziwiona, wzięłam to za żart, ale on mówił serio. Uważał, że kobieta powinna w każdej chwili wyglądać perfekcyjnie dla swojego męża. Byłam zbyt zmęczona na kłótnie, więc temat pozostał otwarty. Niestety, wracał coraz częściej.
Łukasz zaczął naciskać, żebym zrezygnowała z pracy i została w domu jako „tradycyjna żona”. Twierdził, że jest w stanie nas utrzymać, a moim zadaniem miałoby być sprzątanie, gotowanie i dbanie o jego komfort. „Po co ci praca, skoro mogłabyś zajmować się domem?” – pytał z błyskiem w oku, jakby to była najlepsza propozycja na świecie.
Nie mogłam uwierzyć, że mówi to na poważnie. Do tej pory byliśmy partnerską parą, a nagle mój mąż zaczął wymagać ode mnie życia w stylu lat 50. XX wieku. Oczekiwał, że będę wyglądać jak modelka z magazynu, uśmiechać się i mówić tylko miłe rzeczy, a wszystko to bez względu na moje własne potrzeby i pragnienia. „To dla dobra rodziny” – powtarzał.
Nasze rozmowy coraz częściej kończyły się kłótniami. Łukasz nie rozumiał, że ja nie chcę rezygnować z pracy i być zależna finansowo. Przez te pięć lat zawsze dzieliliśmy się kosztami i obowiązkami, a ja ceniłam swoją niezależność. Jego nowe podejście sprawiło, że zaczęłam czuć się jak obca we własnym małżeństwie.
W końcu podjęłam decyzję o rozwodzie. Nie chciałam żyć w związku, w którym nie ma wzajemnego szacunku i zrozumienia. Łukasz, choć próbował mnie zatrzymać, nie potrafił przyznać, że jego oczekiwania były absurdalne. Wciąż twierdził, że „tradycyjne wartości” to jedyna słuszna droga.
Rozstanie było bolesne, ale dało mi poczucie wolności. Teraz wiem, że nie zamierzam rezygnować z siebie i swoich przekonań, żeby spełniać czyjeś fantazje. Każdy ma prawo żyć tak, jak chce, ale tylko wtedy, gdy nie narzuca swojego stylu życia innym.
Drogie panie, pamiętajcie: niezależność i szacunek są kluczowe w każdym związku. Jeśli partner tego nie rozumie, lepiej postawić na siebie.
